- Wysadź mnie tutaj - Powiedziałem do taksówkarza.
- Ale pański kolega powiedział że...
- Mam w dupie to co powiedział, zatrzymaj się. - Warknąłem przez co samochód automatycznie się zatrzymał, wysiadłem trzaskając drzwiami. Wyciągnąłem z paczki ostatniego papierosa i ruszyłem wzdłuż zamglonej ulicy szczękając zębami z zimna. Zataczałem się na boki ale to dalej nie był ten stan jakiego potrzebowałem, miałem ochotę zapić się i już nie obudzić, wszystko byle nie czuć już tego bólu który nieustannie mnie niszczył od środka.
Starałem się zlokalizować miejsce w jakim byłem ale obraz mi się rozmywał w jedną całość, przy okazji szukając kogoś z papierosem. Skręciłem w kilka główniejszych pustych ulic aż dotarłem do małego osiedlowego centrum skąd dudniła klubowa muzyka, przed jednym z budynków stała trójka mężczyzn więc ruszyłem do nich z bezczelnym uśmiechem na ustach. Z daleka widzieli jak zataczam się w ich stronę, śmiali się i rozmawiali pomiędzy sobą w nieznanym mi języku, im bliżej nich byłem tym bardziej krew się we mnie gotowała.
- Macie zapalniczkę? - Zapytałem a mój głos zabrzmiał jak niezrozumiały pijański bełkot, zaśmieli się głośno ale najwyraźniej zrozumieli pytanie bo nim stanąłem przed nimi, najniższy z nich wyciągnął do mnie rękę z odpalona zapalniczką. Zaciągnąłem się odpalając fajkę i dopiero teraz zobaczyłem że cała grupka zebrała się wokół dziewczyny która nerwowo ściskała w rękach szalik, spojrzała na mnie swoimi dużymi zielonymi oczami i zdawało mi się że załkała. Byłem zbyt pijany żeby zareagować więc odszedłem dalej i oparłem się o ścianę za rogiem czując że tracę równowagę.
Kiedy usłyszałem krótki krzyk i charakterystyczny dźwięk szarpaniny wychyliłem się zza winkla. Zareagowałem natychmiast: ruszyłem szybko mimo alkoholu ograniczającego moją koordynacje i z biegu rzuciłem się na gościa który trzymał krzyczącą dziewczynę i powaliłem go na ziemię dzięki czemu ona puściła się biegiem. Zanim reszta ruszyła za nią, prawym sierpowym potraktowałem zdezorientowanego grubasa a trzeciego złapałem mocno za długie włosy i uderzyłem jego głowa o barierkę ogródka piwnego. Odwróciłem się żeby zobaczyć czy dziewczyna poradziła sobie z ucieczka, ta chwila dekoncentracji mnie zgubiła, już po sekundzie poczułem palący ból w zebrach. Odwróciłem się z zamachem i z całej siły uderzyłem jednego z nich, byłem tak pijany że nawet nie wiedziałem którego. Już miałem kopnąć gościa który własnie podnosił się z ziemi kiedy znów poczułem przeszywający ból w głowie tym razem na tyle silny że osunąłem się na ziemie tracąc przytomność.
- Halo, wszystko ok? - Usłyszałem głos w oddali. Chciałem rozejrzeć się dookoła ale stłuczone żebra i narastający ból w głowie pozwoliły mi tylko na przewrócenie się na plecy. Chcąc pozbyć się suchoty w ustach oblizałem usta, poczułem na nich charakterystyczny słodko metaliczny smak krwi.
- Kurwa - Wymamrotałem starając przypomnieć sobie co tak właściwie się stało. Jedyne co zapamiętałem to mocny ból w skroni i ciosy w brzuch kiedy leżałem już na asfalcie, zakląłem jeszcze raz bo z każdym przypomnianym ciosem zaczynała boleć mnie kolejna część ciała.
- Hazz? - Ponownie usłyszałem głos tym razem z bliższej odległości. To nie był byle jaki głos. Gwałtownie otworzyłem oczy i zaraz po tym jak świat przestał się kręcić ujrzałem nad sobą twarz Lou. Mojego Lou.
- Boo - Wyszeptałem z uśmiechem, uderzenie w głowę było na tyle mocne że kompletnie odjechałem, super. Zamrugałem kilka razy ale jego twarz nadal nie znikała, poszerzyłem uśmiech zdając sobie sprawę że byłem kompletnym szaleńcem i tak bardzo mnie to uszczęśliwiało.
- To ja - Znów usłyszałem jego głos który działał jak mocny środek przeciwbólowy, już po drugiej jego dawce byłem w stanie podnieść się na łokciach. - Jezu Hazz, wzywać ambulans? Co się stało? - Poczułem jak odgarnia włosy z mojego czoła, zacząłem budzić się z otępienia i uświadamiać sobie że jego osoba wcale nie jest moim wytworem mojej wyobraźni. On naprawdę tu był i dotykał mojej twarzy swoimi delikatnymi dłońmi zbierając z niej wszystkie włosy. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć ale przecież nie wiedziałem co, głos ugrzązł mi w gardle a obraz przed oczyma dalej walczył o ostrość.
- Dzwonie - Powiedział stanowczo kiedy zamknąłem z przemęczenia oczy.
- Nie! - Krzyknąłem automatycznie a kiedy uniosłem ociężałe powieki Lou wybierał już numer, z wysiłkiem uniosłem rękę i zakryłem nią telefon który kurczowo ściskał w dłoniach. Zaskoczony spojrzał na mnie swoimi anielskimi oczami które nawet w listopadową zimną noc wyglądały jak wakacyjne niebo. Przeszedł mnie dreszcz kiedy zdałem sobie sprawę że palcami trzymałem drżące dłonie Lou które w porównaniu do mojego wyziębniętego ciała były przyjemnie ciepłe. Cofnąłem szybko rękę i krzywiąc się z bólu usiadłem urywając krępujący kontakt wzrokowy. Moje serce zaczęło bić szybciej i mocniej kiedy posłał mi uśmiech, ostatni raz zrobił to na urodzinach Niall'a a od tego czasu minęło ponad 14 miesięcy.
- Boo, zabierz mnie do naszego domu. - Mruknąłem cicho wbijając wzrok w dłonie, dopiero po chwili milczenia dotarło do mnie że powiedziałem to na głos i poczułem jak zasycha mi w gardle z nerwów.
- To znaczy do hotelu, zatrzymałem się tam na kilkanaście dni - Dodałem nienaturalnie szybko i uśmiechnąłem się sztucznie zaczynając podnosić się z ulicy. Kiedy skrzywiony stanąłem na nogi sprawdziłem czy coś mi zabrali, ku mojemu zdziwieniu portfel i telefon były na miejscu. Pobić kogoś do nieprzytomności i nawet nie wziąć fantów, na jakich frajerów trafiłem.
Zamarłem kiedy Lou wyciągnął chusteczkę z kieszeni marynarki, zmoczył ją śliną i zaczął nią ścierać krew z mojej twarzy drugą ręką podtrzymując podbródek. Automatycznie wstrzymałem oddech ale nie odsunąłem się, starając się nie patrzeć na niego wbiłem wzrok w niebo i dopiero teraz zobaczyłem że zaczął padać pierwszy tegoroczny śnieg, oficjalnie zaczęła się ulubiona pora roku Louis'a.
- Pierwszy śnieg - Mruknąłem przenosząc wzrok na szatyna, teraz to on spojrzał w górę i w drugiej sekundzie jego usta wygięły się w szerokim uśmiechu który na moment zatrzymał akcje mojego serca, był piękniejszy niż zapamiętałem. Nie odpowiedział, w milczeniu wrócił do czyszczenia mojej twarzy jakby to było najważniejsze zadanie w życiu.
- Na pewno wszystko ok? Co się tak właściwie stało? - Zapytał nie odrywając wzroku od moich ust, unikał kontaktu wzrokowego jak ognia. Wzruszyłem lekceważąco ramionami.
- Po prostu zabierz mnie do hotelu. - Odparłem cicho łapiąc jego rękę w nadgarstku i przerywając jego wycieranie krwi. Spojrzał na mnie przestraszonym wzrokiem, wiedział że wyczułem to jak bardzo schudł, jego rączka była szczupła jak u dziecka, mogłem go niemalże zacisnąć w pięści. Już otwierałem usta żeby zapytać się o jego utratę wagi ale przypomniałem sobie że to nie był już mój problem, był odpowiedzialnym dorosłym facetem a mnie już dawno wyrzucił ze swojego życia, zaproponowałem więc znalezienie postoju taksówek i nie odezwałem się już słowem.
Kiedy dotarliśmy taksówką do hotelu dalej milczeliśmy, oboje czuliśmy że po tej długiej przerwie nie jest nam tak samo łatwo spędzać ze sobą czas, każdy z nas trzymał się na baczności jakby rozmawiał z dziennikarzem a nie jak z dawnym... przyjacielem.
Uwiesiłem się na ramieniu Lou kiedy wspinaliśmy się po schodach do hotelowego lobby. Poprosiłem o klucz w recepcji i usłyszałem cichy śmiech za sobą. Odwróciłem głowę i o ile oczy mnie myliły to właśnie Lou z uśmiechem odchodził w stronę wind. Kiedy go dogoniłem spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem, musiałem wypić więcej żeby przeżyć tyle rzeczy naraz.
- Nadal nie nosisz kluczy przy sobie? - Zaśmiał się kiedy weszliśmy do windy. Byłem zaskoczony że z taką łatwością wspominał o przeszłości, mnie na samą myśl mdliło, żałowałem wszystkiego albo gdybałem. Nie mogłem znieść tego że wszystko pękło jak bańka mydlana, przyjaźń, zespół i wszystko co miałem. Obwiniałem się za te wszystkie pocałunki złożone na ustach Louis’a przed którymi mogłem się powstrzymywać i po prostu żyć dalej. Każde wspomnienie o naszych wygłupach, rozmowach chwilach spędzonych blisko nawiedzały mnie w ponurych myślach i koszmarach które nawiedzały mnie przez cały rok spędzony w samotności i nigdy bym się nie spodziewał że po tym wszystkim ot tak będę blisko Louis’a który będzie udawał jak nigdy nic się nie stało, jak gdybyśmy dalej byli przyjaciółmi.
Kiedy tylko przekroczyliśmy próg hotelowego pokoju i drzwi za nami się zatrzasnęły ruszyłem prosto do wypełnionego barku, wyciągnąłem whiskey którą zamówiłem dzisiaj rano i przyssałem się do butelki, piłem ją tak długo aż Lou nie wyrwał mi jej z ręki i schował za plecy. Byłem wściekły, byłem wściekły za wszystko i za nic, chciałem wykrzyczeć mu w twarz te wszystkie słowa nad którymi myślałem przez ten czas, chciałem go uderzyć, wywalić na zbity pysk, wyzwać od najgorszych a potem pocałować i nigdy nie wypuszczać go już z objęć. Czułem się jak wariat który zapomniał wziąć leków. Zatopiłem palce w włosach i pociągnąłem mocno za nie warcząc ze złości.
- Przestań udawać że się o mnie martwisz. - Warknąłem czując się odważniejszy mając smak alkoholu w ustach. Lou nie poruszył się tylko wbił we mnie rozzłoszczony wzrok.
- A ty przestań udawać takiego kutasa - Odszczekał się i postawił butelkę na stole, złapałem ja szybko przyciągając w swoja stronę i rzucając triumfalny uśmiech w jego stronę. Nie mogąc dłużej znieść jego spojrzenia minąłem go bez słowa i zamknąłem się w łazience gdzie po raz pierwszy zobaczyłem swoje odbicie.
- Kurwa - Wysyczałem oglądając swoja twarz w jasnym świetle; górna warga była podwójnie większa z niewielka szrama po jej prawej stronie. Na policzku i brodzie miałem przetarta różowa skórę która zaraz po opłukaniu piekła jak cholera. Pociągnąłem zdrowo z butelki na poprawę samopoczucia. Kiedy ostrożnie osuszyłem twarz ręcznikiem pozbyłem się ciuchów, lewy bok był koloru czerwieni lekko wpadającego w bordo co nie wróżyło niczego dobrego. Klnąc pod nosem ustawiłem wodę prysznicu na letnia i z grymasem na ustach umyłem włosy wyczuwając przy tym kilka ogromnej wielkości guzów.
Obwiązałem biodra puchatym białym ręcznikiem i z do połowy opróżnioną butelka alkoholu wyszedłem z zaparowanej łazienki. Nie spodziewałem się że Lou nadal tutaj będzie, w pół leżącej pozycji przełączał kanały w telewizji z sofy. Udając że go nie widzę sięgnąłem po mały ręcznik i wypełniłem go lodem, z gotowym okładem udałem się do sypialni gdzie czekało na mnie ogromne wygodne łóżko.
14.30
Tak mi bynajmniej mówił mi hotelowy zegarek postawiony na nocnej szafce przy łóżku. Chciałem przewrócić się na bok żeby sięgnąć po butelkę ale to był wielki błąd, krzyknąłem przez ból w żebrach, szybko podniosłem kołdrę i bordowo fioletowa plama nie była najmilsza niespodzianka z rana. Nie chcąc rozczulać się nad sobą, szybko aczkolwiek ostrożnie podniosłem się z łóżka i omijając wielkie lustro wyciągnąłem z torby ulubione czarne jeansy i czarna luźną koszulkę.
Po krótkim prysznicu ubrałem się i zaczesałem włosy do tyłu przy pomocy gumy, starałem się nie zwracać uwagi na zaczerwieniony policzek więc swojemu odbiciu w lustrze poświęciłem tylko kilka sekund przed wyjściem z sypialni. Apartament był pusty, podszedłem do minibarku i otworzyłem małego owocowego drinka którego wypiłem jak soczek. Wykonałem telefon do recepcji przez którego wypożyczyłem samochód na cały tydzień, musiałem się jakoś poruszać po mieście przez cały mój pobyt w anglii. Podłączyłem telefon do ładowania i już miałem schodzić na lunch kiedy drzwi otworzyły się i stanął w nich Lou z talerzem omletów.
- Myślę że jak czujesz się gorzej to szpitala dzisiaj nie nie unikniesz. - Katem oka zauważyłem że wolną ręką podniósł swoja kurtkę która zrzuciłem z siebie zaraz po wejściu do pokoju. Wszedł jak gdyby nigdy nic stawiając tackę na stole jadalnym i poprawił grzywkę opadającą mu na oczy, powiedzieć że byłem zaskoczony to niedomówienie. Moje ręce automatycznie powędrowały do barku skąd wyciągnąłem butelkę whiskey, sięgnąłem po szklankę i nalałem do niej brązowego napoju. Życie na trzeźwo coraz bardziej mnie przerażało.
- Co tu dalej robisz? - Zapytałem nawet nie siląc się na miłego, niech wie jak wściekły byłem na niego przez ten cały czas. Chciałem wyładować jakąś tą całą złość która nagromadziła się we mnie przez kaca moralnego. Po tym jak Lou znalazł mnie na ulicy byłem zdecydowanie zbyt uległy, jasne że byłem mu wdzięczny za po móc ale dalej nie potrafiłem zrozumieć jak w kilku milionowym mieście mogłem trafić akurat na gościa którego kilka godzin wcześniej doprowadziłem do płaczu. Starałem się też rozgryźć zagadkowe zachowanie Louisa, już nie chodziło o same jego zachowanie w stosunku do mnie które swoją drogą wyglądało jakby nie uległo zmianie od zeszłych wakacji ale o jego wzrok który dziko błądził po pomieszczeniu i nienaturalne ruchy jego kościstych dłoni. Jeszcze nie wiedziałem co ale zdecydowanie coś poważniejszego kryło się za jego zachowaniem.
Tylko czy powinno mnie to interesować?
- A ty dalej grasz kutasa - W końcu odezwał się swoim niewinnie słodkim głosem przysuwając do mnie talerz z jedzeniem. Tylko dla Zayn'a nie udusiłem Lou gołymi rękami.
- Muszę jechać do Malika, wyjeżdżają jutro rano i mam zamiar się pożegnać. - Zmieniłem temat i minąłem chłopaka żeby sięgnąć ramoneske która wisiała przy drzwiach. Odłączyłem telefon i już otwierałem drzwi kiedy usłyszałem za sobą śmiech. Wziąłem kilka głębszych oddechów zaciskając przy tym oczy i dopiero wtedy odwróciłem się żeby przekonać się o co tym razem mu chodziło. Im dłużej z nim przebywałem tym mniej zły byłem, a to nie tak powinno być.
- Co? - Warknąłem.
- Chyba nie masz zamiaru prowadzić samochodu? Prawda?
Zmarszczyłem czoło.
- Jesteś pijany.
- I? - Rzuciłem lekceważąco.
- Masz problemy z alkoholem. - Dodał ze złośliwym uśmieszkiem który ukuł moje serce.
________________________________________________________
Powiem tak: ten rozdział usunął mi się dwa razy więc się wkurwiłam i po prostu zostawiłam go w spokoju. Poza tym zaliczałam szkołę, na szczęście już po wszystkim. Mam wakacje i trochę więcej wolnego czasu we ho
a jak tam wasze ratowanie ocen?