-->

środa, 4 czerwca 2014

chapter IV





- Wysadź mnie tutaj - Powiedziałem do taksówkarza.
- Ale pański kolega powiedział że...
- Mam w dupie to co powiedział, zatrzymaj się. - Warknąłem przez co samochód automatycznie się zatrzymał, wysiadłem trzaskając drzwiami. Wyciągnąłem z paczki ostatniego papierosa i ruszyłem wzdłuż zamglonej ulicy szczękając zębami z zimna. Zataczałem się na boki ale to dalej nie był ten stan jakiego potrzebowałem, miałem ochotę zapić się i już nie obudzić, wszystko byle nie czuć już tego bólu który nieustannie mnie niszczył od środka.
Starałem się zlokalizować miejsce w jakim byłem ale obraz mi się rozmywał w jedną całość, przy okazji szukając kogoś z papierosem. Skręciłem w kilka główniejszych pustych ulic aż dotarłem do małego osiedlowego centrum skąd dudniła klubowa muzyka, przed jednym z budynków stała trójka mężczyzn więc ruszyłem do nich z bezczelnym uśmiechem na ustach. Z daleka widzieli jak zataczam się w ich stronę, śmiali się i rozmawiali pomiędzy sobą w nieznanym mi języku, im bliżej nich byłem tym bardziej krew się we mnie gotowała.
- Macie zapalniczkę? - Zapytałem a mój głos zabrzmiał jak niezrozumiały pijański bełkot, zaśmieli się głośno ale najwyraźniej zrozumieli pytanie bo nim stanąłem przed nimi, najniższy z nich wyciągnął do mnie rękę z odpalona zapalniczką. Zaciągnąłem się odpalając fajkę i dopiero teraz zobaczyłem że cała grupka zebrała się wokół dziewczyny która nerwowo ściskała w rękach szalik, spojrzała na mnie swoimi dużymi zielonymi oczami i zdawało mi się że załkała. Byłem zbyt pijany żeby zareagować więc odszedłem dalej i oparłem się o ścianę za rogiem czując że tracę równowagę.
Kiedy usłyszałem krótki krzyk i charakterystyczny dźwięk szarpaniny wychyliłem się zza winkla. Zareagowałem natychmiast: ruszyłem szybko mimo alkoholu ograniczającego moją koordynacje i z biegu rzuciłem się na gościa który trzymał krzyczącą dziewczynę i powaliłem go na ziemię dzięki czemu ona puściła się biegiem. Zanim reszta ruszyła za nią, prawym sierpowym potraktowałem zdezorientowanego grubasa a trzeciego złapałem mocno za długie włosy i uderzyłem jego głowa o barierkę ogródka piwnego. Odwróciłem się żeby zobaczyć czy dziewczyna poradziła sobie z ucieczka, ta chwila dekoncentracji mnie zgubiła, już po sekundzie poczułem palący ból w zebrach. Odwróciłem się z zamachem i z całej siły uderzyłem jednego z nich, byłem tak pijany że nawet nie wiedziałem którego. Już miałem kopnąć gościa który własnie podnosił się z ziemi kiedy znów poczułem przeszywający ból w głowie tym razem na tyle silny że osunąłem się na ziemie tracąc przytomność.


- Halo, wszystko ok? - Usłyszałem głos w oddali. Chciałem rozejrzeć się dookoła ale stłuczone żebra i narastający ból w głowie pozwoliły mi tylko na przewrócenie się na plecy. Chcąc pozbyć się suchoty w ustach oblizałem usta, poczułem na nich charakterystyczny słodko metaliczny smak krwi.
- Kurwa - Wymamrotałem starając przypomnieć sobie co tak właściwie się stało. Jedyne co zapamiętałem to mocny ból w skroni i ciosy w brzuch kiedy leżałem już na asfalcie, zakląłem jeszcze raz bo z każdym przypomnianym ciosem zaczynała boleć mnie kolejna część ciała.
- Hazz? - Ponownie usłyszałem głos tym razem z bliższej odległości. To nie był byle jaki głos. Gwałtownie otworzyłem oczy i zaraz po tym jak świat przestał się kręcić ujrzałem nad sobą twarz Lou. Mojego Lou.
- Boo - Wyszeptałem z uśmiechem, uderzenie w głowę było na tyle mocne że kompletnie odjechałem, super. Zamrugałem kilka razy ale jego twarz nadal nie znikała, poszerzyłem uśmiech zdając sobie sprawę że byłem kompletnym szaleńcem i tak bardzo mnie to uszczęśliwiało.
- To ja - Znów usłyszałem jego głos który działał jak mocny środek przeciwbólowy, już po drugiej jego dawce byłem w stanie podnieść się na łokciach. - Jezu Hazz, wzywać ambulans? Co się stało? - Poczułem jak odgarnia włosy z mojego czoła, zacząłem budzić się z otępienia i uświadamiać sobie że jego osoba wcale nie jest moim wytworem mojej wyobraźni. On naprawdę tu był i dotykał mojej twarzy swoimi delikatnymi dłońmi zbierając z niej wszystkie włosy. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć ale przecież nie wiedziałem co, głos ugrzązł mi w gardle a obraz przed oczyma dalej walczył o ostrość.
- Dzwonie - Powiedział stanowczo kiedy zamknąłem z przemęczenia oczy.
- Nie! - Krzyknąłem automatycznie a kiedy uniosłem ociężałe powieki Lou wybierał już numer, z wysiłkiem uniosłem rękę i zakryłem nią telefon który kurczowo ściskał w dłoniach. Zaskoczony spojrzał na mnie swoimi anielskimi oczami które nawet w listopadową zimną noc wyglądały jak wakacyjne niebo. Przeszedł mnie dreszcz kiedy zdałem sobie sprawę że palcami trzymałem drżące dłonie Lou które w porównaniu do mojego wyziębniętego ciała były przyjemnie ciepłe. Cofnąłem szybko rękę i krzywiąc się z bólu usiadłem urywając krępujący kontakt wzrokowy. Moje serce zaczęło bić szybciej i mocniej kiedy posłał mi uśmiech, ostatni raz zrobił to na urodzinach Niall'a a od tego czasu minęło ponad 14 miesięcy.
- Boo, zabierz mnie do naszego domu. - Mruknąłem cicho wbijając wzrok w dłonie, dopiero po chwili milczenia dotarło do mnie że powiedziałem to na głos i poczułem jak zasycha mi w gardle z nerwów.
- To znaczy do hotelu, zatrzymałem się tam na kilkanaście dni - Dodałem nienaturalnie szybko i uśmiechnąłem się sztucznie zaczynając podnosić się z ulicy. Kiedy skrzywiony stanąłem na nogi sprawdziłem czy coś mi zabrali, ku mojemu zdziwieniu portfel i telefon były na miejscu. Pobić kogoś do nieprzytomności i nawet nie wziąć fantów, na jakich frajerów trafiłem.
  Zamarłem kiedy Lou wyciągnął chusteczkę z kieszeni marynarki, zmoczył ją śliną i zaczął nią ścierać krew z mojej twarzy drugą ręką podtrzymując podbródek. Automatycznie wstrzymałem oddech ale nie odsunąłem się, starając się nie patrzeć na niego wbiłem wzrok w niebo i dopiero teraz zobaczyłem że zaczął padać pierwszy tegoroczny śnieg, oficjalnie zaczęła się ulubiona pora roku Louis'a.
- Pierwszy śnieg - Mruknąłem przenosząc wzrok na szatyna, teraz to on spojrzał w górę i w drugiej sekundzie jego usta wygięły się w szerokim uśmiechu który na moment zatrzymał akcje mojego serca, był piękniejszy niż zapamiętałem. Nie odpowiedział, w milczeniu wrócił do czyszczenia mojej twarzy jakby to było najważniejsze zadanie w życiu.
- Na pewno wszystko ok? Co się tak właściwie stało? - Zapytał nie odrywając wzroku od moich ust, unikał kontaktu wzrokowego jak ognia. Wzruszyłem lekceważąco ramionami.
- Po prostu zabierz mnie do hotelu.  - Odparłem cicho łapiąc jego rękę w nadgarstku i przerywając jego wycieranie krwi. Spojrzał na mnie przestraszonym wzrokiem, wiedział że wyczułem to jak bardzo schudł, jego rączka była szczupła jak u dziecka, mogłem go niemalże zacisnąć w pięści. Już otwierałem usta żeby zapytać się o jego utratę wagi ale przypomniałem sobie że to nie był już mój problem, był odpowiedzialnym dorosłym facetem a mnie już dawno wyrzucił ze swojego życia, zaproponowałem więc znalezienie postoju taksówek i nie odezwałem się już słowem.


  Kiedy dotarliśmy taksówką do hotelu dalej milczeliśmy, oboje czuliśmy że po tej długiej przerwie nie jest nam tak samo łatwo spędzać ze sobą czas, każdy z nas trzymał się na baczności jakby rozmawiał z dziennikarzem a nie jak z dawnym... przyjacielem.
Uwiesiłem się na ramieniu Lou kiedy wspinaliśmy się po schodach do hotelowego lobby. Poprosiłem o klucz w recepcji i usłyszałem cichy śmiech za sobą. Odwróciłem głowę i o ile oczy mnie myliły to właśnie Lou z uśmiechem odchodził w stronę wind. Kiedy go dogoniłem spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem, musiałem wypić więcej żeby przeżyć tyle rzeczy naraz.
- Nadal nie nosisz kluczy przy sobie? - Zaśmiał się kiedy weszliśmy do windy. Byłem zaskoczony że z taką łatwością wspominał o przeszłości, mnie na samą myśl mdliło, żałowałem wszystkiego albo gdybałem. Nie mogłem znieść tego że wszystko pękło jak bańka mydlana, przyjaźń, zespół i wszystko co miałem. Obwiniałem się za te wszystkie pocałunki złożone na ustach Louis’a przed którymi mogłem się powstrzymywać i po prostu żyć dalej. Każde wspomnienie o naszych wygłupach, rozmowach chwilach spędzonych blisko nawiedzały mnie w ponurych myślach i koszmarach które nawiedzały mnie przez cały rok spędzony w samotności i nigdy bym się nie spodziewał że po tym wszystkim ot tak będę blisko Louis’a który będzie udawał jak nigdy nic się nie stało, jak gdybyśmy dalej byli przyjaciółmi.
 Kiedy tylko przekroczyliśmy próg hotelowego pokoju i drzwi za nami się zatrzasnęły ruszyłem prosto do wypełnionego barku, wyciągnąłem whiskey którą zamówiłem dzisiaj rano i przyssałem się do butelki, piłem ją tak długo aż Lou nie wyrwał mi jej z ręki i schował za plecy. Byłem wściekły, byłem wściekły za wszystko i za nic, chciałem wykrzyczeć mu w twarz te wszystkie słowa nad którymi myślałem przez ten czas, chciałem go uderzyć, wywalić na zbity pysk, wyzwać od najgorszych a potem pocałować i nigdy nie wypuszczać go już z objęć. Czułem się jak wariat który zapomniał wziąć leków. Zatopiłem palce w włosach i pociągnąłem mocno za nie warcząc ze złości.
- Przestań udawać że się o mnie martwisz. - Warknąłem czując się odważniejszy mając smak alkoholu w ustach. Lou nie poruszył się tylko wbił we mnie rozzłoszczony wzrok.
- A ty przestań udawać takiego kutasa - Odszczekał się i postawił butelkę na stole, złapałem ja szybko przyciągając w swoja stronę i rzucając triumfalny uśmiech w jego stronę. Nie mogąc dłużej znieść jego spojrzenia minąłem go bez słowa i zamknąłem się w łazience gdzie po raz pierwszy zobaczyłem swoje odbicie.
- Kurwa - Wysyczałem oglądając swoja twarz w jasnym świetle; górna warga była podwójnie większa z niewielka szrama po jej prawej stronie. Na policzku i brodzie miałem przetarta różowa skórę która zaraz po opłukaniu piekła jak cholera. Pociągnąłem zdrowo z butelki na poprawę samopoczucia. Kiedy ostrożnie osuszyłem twarz ręcznikiem pozbyłem się ciuchów, lewy bok był koloru czerwieni lekko wpadającego w bordo co nie wróżyło niczego dobrego. Klnąc pod nosem ustawiłem wodę prysznicu na letnia i z grymasem na ustach umyłem włosy wyczuwając przy tym kilka ogromnej wielkości guzów.
Obwiązałem biodra puchatym białym ręcznikiem i z do połowy opróżnioną butelka alkoholu wyszedłem z zaparowanej łazienki. Nie spodziewałem się że Lou nadal tutaj będzie, w pół leżącej pozycji przełączał kanały w telewizji z sofy. Udając że go nie widzę sięgnąłem po mały ręcznik i wypełniłem go lodem, z gotowym okładem udałem się do sypialni gdzie czekało na mnie ogromne wygodne łóżko.


14.30
Tak mi bynajmniej mówił mi hotelowy zegarek postawiony na nocnej szafce przy łóżku. Chciałem przewrócić się na bok żeby sięgnąć po butelkę ale to był wielki błąd, krzyknąłem przez ból w żebrach, szybko podniosłem kołdrę i bordowo fioletowa plama nie była najmilsza niespodzianka z rana. Nie chcąc rozczulać się nad sobą, szybko aczkolwiek ostrożnie podniosłem się z łóżka i omijając wielkie lustro  wyciągnąłem z torby ulubione czarne jeansy i czarna luźną koszulkę.
Po krótkim prysznicu ubrałem się i zaczesałem włosy do tyłu przy pomocy gumy, starałem się nie zwracać uwagi na zaczerwieniony policzek więc swojemu odbiciu w lustrze poświęciłem tylko kilka sekund przed wyjściem z sypialni. Apartament był pusty, podszedłem do minibarku i otworzyłem małego owocowego drinka którego wypiłem jak soczek. Wykonałem telefon do recepcji przez którego wypożyczyłem samochód na cały tydzień, musiałem się jakoś poruszać po mieście przez cały mój pobyt w anglii. Podłączyłem telefon do ładowania i już miałem schodzić na lunch kiedy drzwi otworzyły się i stanął w nich Lou z talerzem omletów.
- Myślę że jak czujesz się gorzej to szpitala dzisiaj nie nie unikniesz. - Katem oka zauważyłem że wolną ręką podniósł swoja kurtkę która zrzuciłem z siebie zaraz po wejściu do pokoju. Wszedł jak gdyby nigdy nic stawiając tackę na stole jadalnym i poprawił grzywkę opadającą mu na oczy, powiedzieć że byłem zaskoczony to niedomówienie. Moje ręce automatycznie powędrowały do barku skąd wyciągnąłem butelkę whiskey, sięgnąłem po szklankę i nalałem do niej brązowego napoju. Życie na trzeźwo coraz bardziej mnie przerażało.
- Co tu dalej robisz? - Zapytałem nawet nie siląc się na miłego, niech wie jak wściekły byłem na niego przez ten cały czas. Chciałem wyładować jakąś tą całą złość która nagromadziła się we mnie przez kaca moralnego. Po tym jak Lou znalazł mnie na ulicy byłem zdecydowanie zbyt uległy, jasne że byłem mu wdzięczny za po móc ale dalej nie potrafiłem zrozumieć jak w kilku milionowym mieście mogłem trafić akurat na gościa którego kilka godzin wcześniej doprowadziłem do płaczu. Starałem się też rozgryźć zagadkowe zachowanie Louisa, już nie chodziło o same jego zachowanie w stosunku do mnie które swoją drogą wyglądało jakby nie uległo zmianie od zeszłych wakacji ale o jego wzrok który dziko błądził po pomieszczeniu i nienaturalne ruchy jego kościstych dłoni. Jeszcze nie wiedziałem co ale zdecydowanie coś poważniejszego kryło się za jego zachowaniem. 
Tylko czy powinno mnie to interesować?
- A ty dalej grasz kutasa - W końcu odezwał się swoim niewinnie słodkim głosem przysuwając do mnie talerz z jedzeniem. Tylko dla Zayn'a nie udusiłem Lou gołymi rękami.
- Muszę jechać do Malika, wyjeżdżają jutro rano i mam zamiar się pożegnać. - Zmieniłem temat i minąłem chłopaka żeby sięgnąć ramoneske która wisiała przy drzwiach. Odłączyłem telefon i już otwierałem drzwi kiedy usłyszałem za sobą śmiech. Wziąłem kilka głębszych oddechów zaciskając przy tym oczy i dopiero wtedy odwróciłem się żeby przekonać się o co tym razem mu chodziło. Im dłużej z nim przebywałem tym mniej zły byłem, a to nie tak powinno być.
- Co? - Warknąłem.
- Chyba nie masz zamiaru prowadzić samochodu? Prawda?
Zmarszczyłem czoło.
- Jesteś pijany.
- I? - Rzuciłem lekceważąco.
- Masz problemy z alkoholem. - Dodał ze złośliwym uśmieszkiem który ukuł moje serce.


________________________________________________________

Powiem tak: ten rozdział usunął mi się dwa razy więc się wkurwiłam i po prostu zostawiłam go w spokoju. Poza tym zaliczałam szkołę, na szczęście już po wszystkim. Mam wakacje i trochę więcej wolnego czasu we ho
a jak tam wasze ratowanie ocen?




piątek, 9 maja 2014

chapter III



        Przez lewostronny ruch byłem blisko spowodowania wypadku samochodowego na skrzyżowaniu, gdyby nie automatyczna skrzynia biegów pewnie bym narobił niezłego bałaganu. Ręce trzęsły mi się na tyle mocno że papieros wypadł mi spomiędzy palców kilka ładnych razy wypalając dwie dziury w moim ulubionych, a przy okazji jedynych czarnych jeansach jakie miałem. Odetchnąłem z ulgą kiedy zaparkowałem przed hotelem, zapaliłem w spokoju kolejnego papierosa i olewając parkometr poszedłem prosto do recepcji.
  Jak zwykle podałem fałszywe nazwisko i zameldowałem się w dwuosobowym pokoju na cały mój pobyt w Anglii. U Zayn'a w domu za dużo się działo, a apropo niego, poczułem wibracje w kieszeni po wejściu do pokoju. Rzuciłem torbę z ciuchami na obszerne łóżko i przeciągnąłem palcem po ekranie.
- Wszystko w porządku? Gdzie jesteś? - Odezwał się głos w słuchawce.
- W Sheratonie, zatrzymam się tutaj.
- Widzimy się jutro o dziewiątej, wyśpij się. 
   Uśmiechnąłem się do telefonu i  nacisnąłem czerwoną słuchawkę. Wysunąłem panel skrótów i nacisnąłem znaczek play, z głośnika rozbrzmiały gitarowe riffy ostatniej piosenki jakiej słuchałem, starego Pearl Jamu. Rozejrzałem się po pokoju, był spory i przyjemny dla oka a co najważniejsze, miał mini barek którego do północy opróżniłem do cna.


* * *




"Jak nie będziesz tu za 15 minut to będziesz pozował do zdjęć z połamanym nosem"

         Dziesiąty sms z pogróżkami od Zayn'a. Jechałem zbyt szybko żeby mieć czas odpisać bo i tak złamałem już kilka przepisów drogowych, chociażby to że nie było w ogóle nadziei na to że wypity wczoraj alkohol wyparował z moich żył. Innymi słowy - według prawa byłem po prostu pod wpływem alkoholu. Zaparkowałem z piskiem opon niemal na środku ulicy. Trzymając pod pachą pudełko z garniturem grzecznie zapukałem do drzwi, już po chwili otworzyła mi je mama Zayn'a i zaczęła smęcić coś o pogniecionym materiale. Zabrała mi pudełko i kazała iść do góry. Minąłem Niall'a który klepnął mnie w tyłek i starszą siostrę Zayn'a wyglądającą na taką co nie spała kilka nocy z rzędu. Każdy był tak podekscytowany że i na mnie udzieliły się te emocje, po raz pierwszy byłem naprawdę dumny z Malika, że doprowadził do tego ślubu.
- Harry? Oh Harry jak dobrze że cię widzę.... - Westchnęła z ulgą Jade kładąc dłonie na moich ramionach. Ona też nie wyglądała na zdrową. - Idź do Perrie proszę, ktoś musi pomóc Jenny zawiązać jej gorset.... - Szarpnęła mną. - Muszę się napić kawy. - Powiedziała na odchodne brzmiąc jak kompletna wariatka. Śmiejąc się pod nosem wszedłem do wskazanego pokoju i moja mina nagle zrzedła.
- Harry, chociaż ty tu jesteś, pomożesz nam? - Zapytała radośnie Perrie, ja natomiast dalej wpatrywałem się w nią z szeroko otwartymi oczami. Była przepiękną panną młodą.
- Powiedzieć że wyglądasz zjawiskowo to za mało.
 Pezz rozpromieniła się jeszcze bardziej słysząc ten komplement i już chciała mnie przytulić kiedy zatrzymała ją jakaś kobieta która najwidoczniej ją właśnie ubierała.
- Bo pognieciesz sukienkę! - Krzyknęła piskliwie pociągając ją za sznurki od wiązania gorsetu tak mocno że Pezz straciła na chwilę oddech . - Pomożesz Harry? - Zwróciła się do mnie a ja kiwnąłem głową. Przez następne 5 minut ściskaliśmy biedną Perrie która właśnie wstawiała na twittera zdjęcie mnie skupionego na duszeniu przyszłej żony mojego przyjaciela. Teraz wyjdę na jeszcze większego gnojka - zaśmiałem się w myślach.
Jenny już rozgrzewała prostownice żeby poprawić jej fryzurę kiedy...
- Ej, ja naprawdę muszę iść do toalety. Przez ten stres cały czas chce mi się si....
- DO CHOLERY KTÓRY TO RAZ?! - Wrzasnęła Jenny wyłączając urządzenie z kontaktu. - Idę jej pomóc, możesz proszę chwilę poczekać bo będzie masę poprawiania... - Powiedziała desperackim tonem a ja kiwnąłem głową.
       Rozbawiony tymi wszystkimi nerwami na które dzisiaj wszyscy chorowali napisałem smsa do Zayna żeby się cieszył że zamknęli go w pokoju bo wszędzie jest piekło, odpisał że nawet nie mam pojęcia jak jest temu wdzięczny. Zaśmiałem się do telefonu, kto by przypuszczał że akurat w tym dniu będę mieć taki dobry humor?
- Perrie, albo powiesz swojemu mężulkowi żeby oddał mi telefon al.... - Urwał w połowie słowa kiedy przekroczył próg pokoju.

A mówili: niech chwal dnia przed zachodem słońca.

- Lou - Z moich ust wyrwał się drżący szept. Gdyby nie to że siedziałem moje kolana by się pode mną ugięły tylko po usłyszeniu jego głosu. Podniosłem wzrok znad w połowie napisanego sms'a. Wszystko się zatrzymało, łącznie z biciem mojego serca i oddechem który boleśnie zatrzymał się w płucach. Zamarłem nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w jego lazurowych oczach które niezmiennie pomimo tak długiego czasu dalej wydawały mi się być centrum świata. Jednak wszystko inne się zmieniło, jego wystające kości policzkowe, jego mocniej zarysowana szczęka pokryta tygodniowym zarostem i dłuższe włosy zaczesane gładko do tyłu - z uroczego faceta pozostało niewiele, teraz był po prostu nieziemsko przystojny co odebrało mi mowę. Usłyszałem jak ze zdenerwowania strzelił palcami u rąk, opuściłem więc wzrok z jego oczu żeby zerknąć na dłonie. Ich widok mnie co najmniej poraził, wyglądały jak u kościotrupa, kości pokryte skórą i wtedy dopiero zobaczyłem że było go o wiele mniej, musiał schudnąć kilkanaście kilogramów przez co na jego ciele nie zostało ani grama tłuszczu.      Nieświadomie rozchyliłem usta, nigdy nawet nie pomyślałbym że zobaczę mojego Lou w tak beznadziejnym stanie.
- Wróciłeś - Powiedział przypominając mi że wcale nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni. Znów spojrzałem w jego oczy, zaszkliły się lekko co nie uszło mojej uwadze a na dźwięk jego głosu poczułem w końcu bicie mojego serca które teraz uderzało z ogromną mocą wywołując ból w klatce piersiowej a oddech który wziąłem zmroził moje płuca. 
       Jego włos dalej dźwięczał mi w uszach, koił ten cały ból który tlił się we mnie przez te wszystkie dni spędzone bez niego, te wszystkie dni w które wmawiałem sobie że już nigdy nie spojrzę mu w oczy. 
     Kiedy po kilku chwilach odzyskałem czucie w ciele włożyłem telefon do kieszeni i palcami zaczesałem loki do tyłu zdejmując przy tym przestraszoną maskę którą miałem na sobie. 
- Wczoraj - Powiedziałem krótko zaskoczony że mój głos zabrzmiał tak donośnie, w moich oczekiwaniach brzmiał bardziej jak słaby szept.
       Lou lustrował mnie wzrokiem, jego przenikliwe spojrzenie obserwowało mój każdy mięsień twarzy które co chwile ledwo zauważalnie drgały, musiałem szybko przybrać kolejną maskę zanim rozpozna to co czułem w tamtej chwili. Wyuczony przez rok, wzrok pozbawionych emocji spojrzał teraz na niego pewniej niż dotychczas wcześniej. Napiąłem wszystkie mięśnie twarzy i wypuściłem z siebie znudzone westchnięcie. 
- Jak wieczór kawalerski? - Zdziwiła mnie jego chęć rozmowy choć nie dałem tego po sobie poznać, przymrużyłem więc jedno oko i pokiwałem lekko głową na boki siląc się na zobojętnienie.
- Jak wszystkie inne, kilka ładnych pań w okół i duża ilość alkoholu - Odparłem akcentując to zdanie tak żeby dać mu do zrozumienia że jest ostatnią osobą z jaką chciałem o tym rozmawiać. Albo w ogóle rozmawiać. Najwyraźniej to zrozumiał bo zastygł w połowie słowa i unosząc ręce w chaotyczny sposób pokazał na drzwi za nim. 
- To może... Ja pójdę spróbować odzyskać telefon zanim Zayn zrobi coś głupiego... - Powiedział nerwowo cofając się dwa kroki do tyłu. Nie odpowiedziałem ale kiwnąłem głową informując że zrozumiałem. Lou zacisnął wargi w wąską linie i już wychodził z pokoju kiedy zatrzymał się i nerwowo ulizał włosy do tyłu. Wiedziałem że chciał coś powiedzieć ale nie był tego pewien. Uniosłem pytająco brew. - Fajnie cię widzieć w tak dobrym... stanie. - Powiedział szybko i niemalże deportował się z pomieszczenia.


          Uderzyłem lampkę wina widelcem tak mocno że tylko cudem się nie roztrzaskała ale za to uzyskałem uwagę gości. Każdy odłożył sztućce i nagle w moją stronę odwróciło się ponad sto par oczu. Zayn szarpał mnie za róg koszuli szeptem wyzywając od najgorszych ale ja wypiłem na tyle dużo żeby odważyć się wznieść toast, poza tym było już za późno na wycofanie się. Rozejrzałem się po twarzach gości i przykleiłem do twarzy szeroki uśmiech.
- Niesamowity wieczór huh? - Zacząłem głupkowato bo wszystko co miałem mądrego i wzruszającego do powiedzenia wyleciało mi z głowy równie szybko jak do niej wleciało. Kątem oka zauważyłem że Niall zatopił twarz w dłoniach.  - Chciałem... Chciałem powiedzieć głośno jak bardzo jestem dumny z mojego przyjaciela bo wcześniej nie miałem sposobności powiedzieć mu tego prosto w twarz. Zayn... - Zwróciłem się do niego odwracając głowę w jego stronę, mimo jego wściekłego wzroku nie przestałem się uśmiechać. - Czuję się winny tobie wyjaśnienia, przeprosin no i może trochę pieniędzy... - Kilka osób zachichotało co oznaczało że nie szło mi tak źle jak sobie wyobrażałem. - Zachowywałem się jak ostatni dupek przez ostatni tydzień, doskonale o tym wiem....
- Rok! - Krzyknął jak zgaduje Liam bo zakrywał właśnie usta ręką. 
- Okej... Rok. Chciałem powiedzieć... Wiesz jak bardzo nie potrafię rozmawiać o uczuciach, jestem w tym słaby jak mało kto dlatego też nie powiedziałem ci jak bardzo ciebie... i twoją piękną żonę podziwiam. Pamiętam kiedy zaczęliście się spotykać, miałem wtedy okropną grypę i jedynym moim zajęciem było słuchanie Zayna opowiadającego o tym jak bardzo Perrie jest cudowna, serio, tak słodził że mało brakowało a sam bym się w niej zakochał. 
 Kolejne chichoty przeszły przez salę.
 - Zaczęło się robić poważniej i coraz trudniej było wam to ukrywać, nasza ukochana wytwórnia musiała poświęcić dużo czasu nad tym żeby się zastanowić nad wszystkimi minusami i plusami waszego związku a to było jak czekanie na deszcz na Saharze. Widziałem jak oboje cierpicie z tego powodu, już wtedy darzyliście się tak wielką miłością że każdy z nas wam tego zazdrościł, każdy wywiad w którym mieliście zaprzeczyć waszemu związkowi dotykał nie tylko was ale i mnie samego jako waszego przyjaciela. Wtedy oświadczono wam że to beznadziejny pomysł, że wolny Zayn Malik jest więcej warty niż ten zaklepany z pięknością u boku. To był cios dla nas wszystkich, nieludzkie traktowanie przez wytwórnię zaczęło nas już cholernie męczyć i Perrie nie wytrzymała. Poddała się i każdy inny z nas się poddał, wszyscy byli pewni że cholerne szychy zniszczyły największą miłość jaką dane mi było obserwować niszcząc przy tym ludzi których kocham. 
       Podniosłem wzrok na gości, każdy z nich wpatrywał się we mnie z identycznym wyrazem twarzy, byli zaskoczeni. Odszukałem w morzu głów Louisa, siedział kilka stołów dalej na przeciwko mnie, kiedy nasze spojrzenia się spotkały drgnął lekko ale nie zerwał kontaktu. 
- Ale Zayn ma tupet i zrobił coś na co żaden inny z nas by się nie zdobył, olał wszystkie nakazy i zakazy i mimo konsekwencji jakie miały na niego spaść pojechał do swojej... obecnej żony i powiedział jej że to wszystko pieprzy, dzień później cały świat obleciała informacja o ich związku co prawda przedstawionego jako świeży ale jednak. 
    Usłyszałem kilka ochów i achów ale moje oczy dalej były utkwione prosto w centrum mojego świata, w lazurowych oczach Lou. Jego warga drgała lekko i jego koncentracja była na tyle mocna że utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy bez mrugnięcia. 
- Nie bał się powiedzieć światu co czuję. 
     Powiedziałem głośno choć mój głos zaczął lekko drżeć.
 - Kochał Perrie i mimo tego co ludzie mieli powiedzieć pokazał to, nie wstydził się swoich uczuć i nie dał cierpieć osobie którą kochał całym sercem tylko przez strach. Nie był tchórzem i dzięki temu jesteśmy dzisiaj tutaj, świętując ich szczęście jakim jest nieskończona miłość. - Mój głos drżał tak mocno że nie dało się tego nie usłyszeć a moje oczy powoli zachodziły się łzami, tak samo jak oczy Louisa który teraz kiwał przecząco głową bliski płaczu. 
- Wznieśmy toast za miłość nie znającą barier. 
      Uniosłem lampkę wina w górę a drugą ręką otarłem oczy, kiedy ponownie spojrzałem na wzruszonych gości unoszących szklanki w górę Lou wstał z miejsca i pospiesznie zaczął przeciskać się między stolikami w stronę wyjścia z ręką przyciśniętą do twarzy.



_________________________________________________________________


  Wyjątkowo wcześnie nowy rozdział, mam nadzieje że się ucieszycie :D Spędzam nad tym ff ostatnio sporo czasu więc nawet nie macie pojęcia jak miło mi się robi widząc wasze komentarze, dziękuje za każdy jeden <3

pytania czy inne sprawy na tt @elbalerina
 Buzi xX


wtorek, 6 maja 2014

chapter II





- (...) zachowujesz jak rozwydrzony bachor odkąd.... właśnie, co się właściwie stało się między tobą i Louisem?


Zamarłem.


    Zatrzymałem grę na telefonie i wstałem leniwie z łóżka, ciągnąłem dresowe spodnie Louisa na tyłek i drapiąc się po nim ruszyłem schodami na dół. Szurając stopami przeszedłem przez zabałaganiony salon który po wczorajszej imprezie wyglądał jak po przejściu tornada. Ze stolika zgarnąłem butelkę i upiłem z niej wygazowane piwo, kopnąłem nadmuchanego kondoma i stanąłem na chłodnych kafelkach w kuchni. Zaskoczył mnie widok Louisa przy zlewie w którym szorował miskę po zaschniętej sałatce. Miał na uszach słuchawki, muzyka w nich była na tyle głośna że dosłyszałem że to był Lenny Kravitz. Uśmiechnięty oparłem się o framugę i z rękoma założonymi na piersiach zacząłem obserwować jak Lou kołysze biodrami w rytm muzyki, miał na sobie tylko obcisłe jeansowe spodnie które coraz bardziej się z niego zsuwały. Westchnąłem cicho nie mogąc się nacieszyć z tego widoku.
- I want to get away - Zaczął śpiewać i machnął ręką tak mocno że ochlapał pianą okno- I want to flyyy awaaay - Stanął w rozkroku i zatoczył biodrami kółko. Zakryłem usta dłonią żeby nie parsknąć śmiechem, Lou samym obyciem rozśmieszał mnie na każdym kroku ale to była już przesada. Cichutko przeszedłem przez kuchnie i kiedy znalazłem się tuż przy Louisie objąłem go mocno krępując mu przy tym ręce. Przestraszony podskoczył i zaciągnął się głośno powietrzem próbując się wyrwać ale ja jednak byłem silniejszy, przestał dopiero wtedy kiedy moje mokre loki połaskotały jego szyje.
- Harreh! Kurwa mać myślałem że wyszedłeś z Zaynem i jestem sam w domu, zaraz chyba wyzionę ducha. - Krzyknął piskliwie i oparł się o blat stołu, odłożył telefon ze słuchawkami pod suchy ręcznik i jęknął coś pod nosem wzywając boga.
- Nie miałem siły się ruszyć z łóżka więc stwierdziłem że zostanę na obiedzie. - Odpowiedziałem jak gdyby nigdy nic rozmasowując gęsią skórkę na przed ramieniu. Omiotłem spojrzeniem umięśnione plecy Lou i niemalże jęknąłem, gdybym wiedział że on tak chodzi po domu już dawno temu bym u niego zamieszkał. Nadal milczał więc na zachętę dźgnąłem go palcem w żebra, mimo że miał niesamowite łaskotki to go nie ruszyło. Zmarszczyłem brwi i dźgnąłem jeszcze raz, nadal nic. W ostatniej chwili zorientowałem się co to może oznaczać: chęć mordu. Odwróciłem się na pięcie i puściłem się biegiem przez salon niestety zbyt późno, ledwo przekroczyłem próg salonu i Lou złapał mnie za materiał dresu przyciągając do siebie. Zdążyłem złapać tylko krótki oddech przed tym jak przycisnął do mojej twarzy brudną i ociekającą wodą z płynem do mycia naczyń gąbkę. Chciałem krzyknąć żeby przestał i to był mój najgorszy błąd bo Lou wcisnął mi ją prosto do ust i odbiegł robiąc gest zwycięstwa. Wyplułem szybko to świństwo i wytarłem język w rękę zanim ruszyłem za nim rozjuszony.
- Tomlinson, nie żyjesz! - Zawyłem wskakując po trzy stopnie naraz. Tak jak się spodziewałem zamknął się w garderobie,  bez zbędnych ceregieli rzuciłem się na drzwi które pod małym oporem ale jednak rozchyliły się na tyle żebym mógł się wsunąć bokiem. Zanim zdążył zareagować skrępowałem jego ręce i przycisnąłem do ściany obezwładniając go tak żeby wykręcić mu sutka bez przeszkód.
- Hazz błagam błagam, prosze nie AUŁ! - Zawył głośno zwijając się z bólu. Zaśmiałem się radośnie.
- Powiedz że przepraszasz swojego pana! - Powiedziałem ponownie przekręcając nadgarstek. Dostałem kopniaka w krocze, teraz to ja krzyknąłem i położyłem się na podłodze z trudnością łapiąc oddech.
- Nigdy mój drogi, teraz to ty przepraszaj. - Zachichotał jak chochlik siadając na mnie okrakiem i korzystając z mojego osłabienia przycisnął moje nadgarstki do podłoża. Nawet nie miałem siły się wyrywać, spojrzałem na niego ze wściekłością i podniosłem głowę żeby dmuchnąć mu w oko. Ponownie zachichotał rozśmieszony moimi nieudolnymi próbami, rzadko kiedy miał nade mną przewagę więc cieszył się jak dziecko.
- Lou, bo cię zaraz ugryzę. - Zagroziłem starając się ukryć uśmiech który wkradał się na moją twarz.
- Powodzenia! - Żachnął się podnosząc wyzywająco brew, w jednej chwili z wrednego chochlika którego miałem w planach zabić zamienił się w bestie ociekającą seksem. Przygryzłem wargę i omiotłem jego szyję i ramiona szukając miejsca w które mógłby z łatwością zatopić zęby. Zauważył to więc wyprostował łokcie zwiększając odległość pomiędzy nami, jednak nie przewidział tego że ból ustąpił na tyle żeby zwinnie wyrwać się z jego ucisku dłoni. Szybko zamieniłem nas miejscami i wbiłem mu kolano w żebra.
- Hazz, błagam o rozejm. Głowa mnie boli, wszystko inne mnie boli HAZZ! - Wysapał zaczynając się wyrywać. Parsknąłem takim śmiechem że straciłem koncentracje, Lou wyrwał się, złapał mnie za szyje i przyciągnął do siebie. Krzyknąłem kiedy zatopił zęby w mojej szyji.
- Ty wampirze cholerny! - Wrzasnąłem okładając pięściami jego ramiona ale i to nie pomogło, ugryzł mnie powtórnie a kiedy chciałem się wyrwać wbił kły w moją brodę.
- Lou, serio. - Powiedziałem poważnie przestając się wierzgać. Louis zachichotał ale dalej nie odczepił się i ślinił moją twarz. Westchnąłem zrezygnowany i kładąc się całym ciężarem na nim zacząłem wystukiwać palcami jakiś rytm. Lou dalej miał uciechę, chichotał co chwilę, raz wbijał się zębami mocniej, raz trochę lżej.
  W końcu po jakiejś minucie znudziło mu się i mnie puścił. Odetchnąłem z ulgą ale zamiast wstać wtuliłem się twarzą w jego szyję licząc na to że mnie z siebie tak szybko nie zrzuci. Uwielbiałem zapach jego skóry, jego bliskości, jego włosów, wziąłem głębszy oddech i potarłem jego skórę czubkiem nosa, leżąc na nim mogłem łatwo wyczuć jak przyspieszyło mu bicie serca. Nierówny oddech mierzwił mi moje włosy i słyszałem jak nerwowo strzela palcami u stóp.
- Hazz? - Szepnął a ja automatycznie podniosłem głowę opierając się na łokciu. Nasze twarze dzieliło kilka centymetrów. Uniosłem brew dając mu do zrozumienia że go słucham ale on dalej milczał nie spuszczając wzroku z moich oczu. Widziałem że jest skrępowany, nienaturalnie szybko mrugał a jego wąskie wargi mimowolnie zacisnęły się w prostą linię co wywołało na moich ustach uśmiech. 
Kochałem kiedy się zawstydzał, kochałem kiedy w stresie nie miał co robić rękami, kochałem go kiedy krzyczał rozplątując włosy, kochałem kiedy wypowiadał moje imię, kochałem w nim wszystko. Jego oczy w kolorze lazury zawsze emanowały pewnością, jego inteligenty błysk w oku zawsze zaskakiwał mnie w najbardziej beznadziejnych chwilach, ale teraz nie było w nich nic poza przyjemnym ciepłem które ogrzewało moje serce. 
 Wyobrażałem sobie tą chwilę od dwóch lat, miałem wszystko zaplanowane w każdym szczególe jednak teraz kiedy był tak blisko zapomniałem nawet jak się nazywam. Przygryzłem ze zdenerwowania wargę, tak bardzo starałem się dobrać słowa by uczynić tą chwilę jedną z najpiękniejszych w jego życiu. Chciałem mu powiedzieć jak cudownie wygląda kiedy jest niewyspany, jak śmieszy mnie jego podśpiewywanie the skeleton dance w najmniej odpowiednich momentach, jak bardzo kocham jego uśmiech na dobranoc. Jak bardzo cierpię kiedy widzę go z Elanour...
- Lou? - Wyrwało się z moich ust.
- Tak? - Odpowiedział drżącym szeptem wywracając moje organy wewnętrzne na lewą stronę. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć ale mój głos ugrzązł mi w gardle, i za drugim i za trzecim podejściem. Oboje uśmiechnęliśmy się nerwowo rozładowując nieco to napięcie które pojawiło się pomiędzy nami. Lou dodał mi otuchy, to był kolejny powód dla którego powinienem coś zrobić.
- Mogę... Mogę cię pocałować? - Wyrzuciłem na jednym wydechu zaskoczony że nie dostałem przy tym zawału, nie zemdlałem ani nie zwymiotowałem. 
    Pospieszyłem się jednak z radością, Louis rozchylił zaskoczony wargi a na jego czole pojawiło się kilka uroczych zmarszczek, nie potrafił ukryć zaskoczenia. Niechciane łzy napływały mi do oczu rozmywając mi widok. Mrugnąłem kilkakrotnie ale jego wyraz twarzy pozostawał bez zmian. 
Popsułem, popsułem totalnie wszystko. 
I wtedy Lou oblizał wargi w sposób który oznaczał tylko jedno. Rysy jego chłopięcej twarzy złagodniały a ja poczułem się odważny jak nigdy dotąd, pochyliłem się i moje wilgotne od łez usta złączyły się z jego ciepłymi wargami. Mój cały świat stanął w miejscu tak samo jak czas który był teraz dla mnie zbędnym dodatkiem. Nawet w najśmielszych marzeniach nie potrafiłem sobie wyobrazić tego dotyku, tego jak delikatnie otarł się o moją wargę i jak westchnął cicho kiedy zassałem się lekko. Czułem jak wszystkie uczucia które kłębiłem w sobie od dwóch lat wlewały się w nasz pierwszy pocałunek i mimo że chciałem być ostrożny moje wargi zaczęły łapczywie brać od niego więcej i więcej. Poczułem jego gorące dłonie na moich plecach, położył je na łopatkach po czym zaczął nimi wędrować po ramionach, kręgosłupie, krzyżu a ja mógłbym przysiąc że zgubiłem akcję serca. Z przyjemności westchnąłem prosto w jego usta, chciałem mu powiedzieć że go kocham, że bez niego nie ma połowy nieba, nie ma połowy mnie ale wszystko zamieniło się w jakiś koszmar. Pomyślałem że to kolejny ze snów ale tym razem bolało. W jednej chwili całowałem mojego anioła a w drugiej leżałem już na ziemi z niebezpiecznie nierównym oddechem. Louis stał obok i dyszał głośno, w tamtej chwili pogubiłem granicę między snem a rzeczywistością. 
- To nie powinno się wydarzyć. - Powiedział chłodno. Nawet nie brzmiał teraz jak on, spojrzał na mnie pustym wzrokiem i wyszedł z dusznej garderoby. - Proszę cię, idź już stąd Harry. - Rzucił przez ramię zostawiając mnie leżącego na podłodze z nową dziurą w dopiero co odbudowanym sercu.


* * *


         Po wyjściu z samolotu przywitał mnie chłodny powiew wiatru, tylko w kilka sekund przemarzłem do szpiku kości. Odzwyczaiłem się od wilgotnego klimatu Anglii ale nie mogłem powiedzieć że się za nim nie stęskniłem, tak szczerze to mi go nawet bardzo brakowało w te wszystkie upalne dni spędzone w Kalifornii. Listopadowa mżawka pieściła moje policzki kiedy pokonywałem krótką trasę z samolotu do budynku. Owinąłem się szczelniej moim starym szalikiem którego kiedyś ukradłem Liam'owi i ukrywając pod nim szeroki uśmiech dogoniłem Zayn'a który mimo zakazów już wykonywał telefon do Perrie. Nie spodziewałem się tego ale poczułem się jakbym wrócił do domu. Zayn nie wypuszczał telefonu z ręki, wydzwaniał do wszystkich uświadamiając im że jest na miejscu i patrzył się na mnie w sposób który mówił żebym zrobił to samo. Jedynym problemem było to że ja nie miałem do kogo. Stałem więc tak i czekałem na bagaż wystukując na kolanie piosenkę którą napisałem razem z przyjacielem, starałem nadal cieszyć się mżawką i zimną temperaturą zanim dane mi było stanąć twarzą w twarz z wszystkimi eks przyjaciółmi. Mój towarzysz kłócił się właśnie z Perrie która zostawiła Niall'a z ich koordynatorką wesela na którą podobno nasz mały Irlandczyk miał spory wpływ. Zaśmiałem się pod nosem przypominając sobie jak Niall od samego początku zespołu zapewniał nas że zaplanuję nam wszystkim idealne śluby, teraz wiedziałem że te słowa wcale nie były rzucone na wiatr. Zdjąłem z taśmy ciężkie bagaże i kopnąłem kumpla w piszczel bo kompletnie się swoim nie zainteresował, co prawda oboje już dawno temu odzwyczailiśmy się korzystać z linii lotniczych ale mózgów nie pogubiliśmy żeby nie zadbać o własne torby. Zacząłem kierować się w stronę wyjścia kiedy nagle zatrzymała mnie ręka Zayna.
- Co ty robisz, głupi jesteś? - Spojrzał na mnie jak na idiotę. Odwdzięczyłem się tym samym.
- Chcesz tu namiot rozbić? - Zapytałem ironicznie.
- Na zewnątrz roi się od fanek i fotoreporterów, chcesz żeby cię rozerwali na części to proszę bardzo.
- Aż tak mnie nienawidzą? - Zapytałem zaskoczony na co on wywrócił teatralnie oczami.
- Harry Harry Harry... Głupiutki Harry. Wszyscy czekali cały rok żebyś wrócił, prasa się może posiąść ze szczęścia że przyleciałeś, przecież dobrze wiesz że od zawsze byłeś najgorętszym tematem w tabloidach. Sam zobaczysz że rozpętałeś tu małe piekło. - Machnął niecierpliwie ręką dając mi znać żebym za nim ruszył. Z szokiem wyrysowanym na twarzy powolnym krokiem przeszedłem przez bramkę dla vipów w których przywitała nas zjawiskowo piękna blondynka, odruchowo uśmiechnąłem się do niej i zmierzyłem wzrokiem, było wystarczająco ładna żeby towarzyszyć mi dziś w świętowaniu mojego powrotu do kraju.
 Już otwierałem usta żeby jej się przestawić kiedy Zayn ponownie mnie szarpnął za rękaw kurtki i sprawnie odciągnął od mojego długonogiego celu. A niech cię szlag.


* * *


        Kiedy wysiedliśmy pod domem na podjeździe roiło się od samochodów. Drużby i rodzina pozajmowali pokoje gościnne wypełniając dom przez co kiedy stanąłem przed drzwiami serce podskoczyło mi do gardła.
- Kochanie wróciłem! - Krzyknął Zayn rzucając torbę podróżną gdzieś na bok. W domu rozległ się pisk i nagle znikąd pojawiła się Perrie wieszając się na szyi swojego narzeczonego. Powoli przekroczyłem próg i ostrożnie zamknąłem za sobą ciężkie mahoniowe drzwi.
- Nie widzieliście się tylko tydzień, no bez przesady. - Rzuciłem żartobliwie przypominając im o swojej obecności. Perrie spojrzała na mnie jak na ducha i czułem że jakieś słowo ugrzęzło w jej gardle. Zaczęło robić się niezręcznie, nerwowo przeczesałem swoje wilgotne od deszczu loki i już miałem powiedzieć cześć kiedy Pezz krzyknęła na całe gardło:
-  Niall, Jade, syn marnotrawny wrócił!
 Nie zdążyłem nawet zamknąć zdziwionych ust kiedy na schodach zmaterializował się Niall z niewiele inteligentniejszym wyrazem twarzy ode mnie.
- Kurwa, nie wierze. - Powoli schodził stopień po stopniu świdrując mnie wzrokiem jak wariat, nieświadomie wstrzymałem oddech kiedy podszedł blisko mnie. - On naprawdę żyję, alleluja. - Zaśmiał się pod nosem i podniósł ręce żeby ścisnąć moje policzki. Spojrzałem na niego sceptycznie ale on właśnie oglądał mnie jak jakiegoś psa wymagającego leczenia. - Schudłeś Styles, i czy mi się wydaje że... Palisz papierosy? - Zmarszczył nos kiedy przybliżył go do mojej szyi. Usłyszałem jak Zayn zachichotał.
- Cześć Horan. - Powiedziałem w końcu siląc się na najbardziej naturalny ton na jaki było mnie stać. Nie wiedziałem czy bardziej chciało mi się z niego śmiać czy płakać że stał przede mną, zupełnie jakby nie bym nie wyjeżdżał. Jedyne co się zmieniło to jego wygląd, wyprzystojniał, przybrał trochę muskulatury i... zmalał? A może to ja wystrzeliłem w górę? Nie mogąc się powstrzymać poczochrałem jego dłuższą niż kiedyś blond czuprynę a potem zacisnąłem go w mocnym uścisku wbrew jego woli, po prostu stałem tam przyciskając jego głowę do mojej piersi i cieszyłem się jego obecnością mimo tego jak bardzo się wierzgał. 

     Reszta przywitała mnie równie radośnie choć miałem dziwne wrażenie że to wszystko było wyreżyserowane przez gospodarzy. Każdy był dla mnie uprzejmy, kiedy zasiedliśmy do ogromnego na kolacje zagadywali mnie i chętnie włączali się do różnych dyskusji jakie prowadziłem z Perrie, ale kiedy jej mama przyniosła idealnie przyprawioną pieczeń z baraniny całe towarzystwo ucichło. 
- Jak podróż Słonko? - Zapytała Patricia syna przerywając żarłoczną ciszę. Spojrzałem na niego ostrzegawczym wzrokiem, jeżeli wygadałby się byłbym jeszcze bardziej spalony w tym domu. Odchrząknął. - Nie najlepiej, Harry'ego dopadło jakieś zatrucie i nie czuł się najlepiej. - Zabrzmiało to tak wiarygodnie że niemalże uśmiechnąłem się do przyjaciela.
      W rzeczywistości ostatnią rzeczą jaką pamiętam było to jak zapytał się mnie.... zapytał się mnie o Lou, potem mnie zemdliło, dostałem zawrotów głowy i pełną świadomość odzyskałem dopiero wtedy kiedy przeszła mi zagadkowa gorączka. Wiedziałem że wypiłem za dużo i było mu z tego powodu na tyle głupio żeby zachować to między nami. Nikt nie musiał jak bardzo beznadziejny jestem.
- Apropo podróży, Louis jest już w drodze z Manchesteru, powinien być po kolacji. - Zaświergotała radośnie Doniya z drugiego końca stołu a ja byłem bliski zwrócenia całego posiłku. Zayn szybko spojrzał na mnie badając sytuacje, zdążył odkryć jak działa na mnie jego imię wypowiedziane na głos ale nie dałem po sobie poznać jak się poczułem. Zayn dyskretnie dźgnął mnie palcem w biodro i wysunął z kieszeni kluczyki do auta którym jechaliśmy z lotniska. 
Stary, kocham cię. 
     Uśmiechnąłem się i grzecznie wszystkich przeprosiłem tłumacząc się ważnym telefonem którego musiałem wykonać a gdy znalazłem się poza zasięgiem ich słuchu chwyciłem torbę i wybiegłem w deszcz jak ostatni tchórz. 


_________________________________________________________________________________

      Trochę później niż planowałam ale cóż.... Weekend mnie pochłonął. Jeżeli dotrwaliście do końca to zostawcie po sobie jakiś komantarz! Dla was to kilka sekund a dla mnie bardzo ważna rzecz i kopniak energii do napisania więcej rozdziałów.               Xx

piątek, 25 kwietnia 2014

chapter I







- Lou, wyobrażasz sobie teraz iść do normalnej pracy z normalnymi ludźmi? - Zapytałem cicho obracając się na bok i podpierając się na łokciu. Louis leżał płasko na drugim końcu łóżka zajęty wyrywaniem piór z rogów poduszki, zamyślony wpatrywał się w sufit. Jego cienkie włosy rozsypane na prześcieradle elektryzowały się lekko odfruwając na boki dając mu zabawnie obłąkany wygląd a długie szczupłe palce rozrywały pojedyncze piórka robiąc wokół niego bałagan. Niespodziewanie odwrócił na mnie rozgniewany wzrok marszcząc swój mały zgrabny nosek.
- Przestań mi psuć wieczór Hazz - Obrócił się podobnie jak ja, na bok i sięgnął po butelkę Jamesona która leżała pomiędzy nami. - Nie potrafię dopuścić do myśli tego że to wszystko... -Rozejrzał się po hotelowym apartamencie pijanym wzrokiem- ... miało dojść do końca. Ty nie?
Wzruszyłem ramionami.
- Ale wiesz, Zayn niedługo będzie żonaty....
- A wyobrażasz sobie nas? - Przerwał mi Lou odsysając się od ciemno zielonej butelki. Moje serce zabiło szybciej, tak jak za każdym razem kiedy wspominał o nas obojgu jako o jedności. - Za kilka lat któryś z nas się hajtnie, będzie stawał na głowie żeby spełniać wszystkie zachcianki ciężarnej żony, będziemy totalnie dorośli.
Wywróciłem oczami i wydarłem mu z rąk butelkę whiskey.
- Pan już dzisiaj nie pije panie Tomlinson - Upiłem sporego łyka z ukradzionej butelki chcąc załagodzić ból serca które właśnie rozprysło się na miliard kawałeczków raniąc swoimi ostrymi krawędziami wszystkie wnętrzności. Ile bym oddał żeby teraz zaśmiał się i ze swoim błyskiem w oczach powiedział że żartował. Napiąłem mięśnie i czekałem, czekałem aż coś powie ale zamiast tego uśmiechnął się pod nosem zaczynając się przeciągać. Jego koszulka podwinęła się do góry odkrywając wąski pasek włosów na torsie przez który moje serce znów rozpoczęło bieg ale teraz rozbite na milion kawałków sprawiało mi większy ból niż kiedykolwiek wcześniej. Chciałem krzyczeć ale przez te kilka lat spędzonych przy Louisie nauczyłem się jak zachować twarz kiedy wszystko we mnie się burzyło.
- Mówiłem ci nie zaczynaj, teraz nie będę spał całą noc nad tym myślał. Czuje jakbym coś ominął w życiu ale nie wiem co...
- Może prawdziwą miłość? - Zasugerowałem i przełknąłem wielką gule która urosła mi w gardle.
- Uh daj mi spać Styles. - Warknął poirytowany kolejną próbą podjęcia tego tematu. Spodziewałem się że wstanie i wyjdzie bez pożegnania do swojego pokoju hotelowego ale zamiast tego wychylił się żeby zgasić lampkę nocną obok łóżka i nerwowymi ruchami odwinął pogniecioną kołdrę. Owinął się nią całą i odwrócił do mnie plecami dając mi do zrozumienia że mam się zamknąć.
Zapadła grobowa cisza którą tylko na moment przerwała przewrócona butelka i szelest zdejmowanej koszulki. Zgasiłem światło i biorąc przykład z Louisa odwróciłem się do niego plecami zawijając się w ciasny kłębek pozbawiony jakiegokolwiek przykrycia. Zacisnąłem powieki powstrzymując łzy które cisnęły mi się do oczu, nienawidziłem płakać. Na szczęście alkohol działał na mnie jak dobry środek nasenny, już po kilku oddechach zacząłem zasypiać. 
Powoli zapadałem w głęboki sen kiedy poczułem przyjemny dotyk na karku. Przebudzony otworzyłem oczy ale nie wiele zobaczyłem, za to poczułem że byłem przykryty wielką kołdrą a to miejsce skąd biło najwięcej ciepła to był Lou, tuż za mną. Przymrużyłem powieki nie ryzykując że zostanę przyłapany na nie-śnie i delektowałem się każdym dotykiem jego drżących palców zanurzonych w moich lokach. Masował delikatnie moją głowę okrężnymi ruchami zaczynając na skroni a kończąc na karku który powoli pod jego dotykiem zaczął się rozluźniać. Przeczesywał pasma włosów pomiędzy palcami, zakręcał je wokół było mi tak przyjemnie że sekundy później już spałem. Spokojnie jak nigdy dotąd.


* * *



     Otworzyłem nowa paczkę papierosów i niedbale rzuciłem folie pod siebie, posłałem nonszalancki uśmiech do wysokiej blondynki walczącej z parkometrem. 3... 2... 1... Oblizałem zadowolony wargi kiedy według mojego oczekiwań dziewczyna zapiszczała i wypuściła coś z rąk. Milionowy punkt dla mnie, zerowy dla was drogie panie.
- Tak jest Tony? - Zawołałem wesoło po naciśnięciu przycisku od mikrozestawu przy prawym uchu. - Już jestem na rogu, chcesz coś do żarcia? Nie to nie, będę za minutkę. - Rozłączyłem się z uśmiechem i minąłem kilku fotoreporterów którym otwartą dłonią dałem do zrozumienia żeby się odpierdolili. Wszedłem do wielkiego budynku Geffen Records i z ulgą pozbyłem się czarnych okularów z nosa, brunetka zza recepcji posłała mi promienny uśmiech a jej policzki oblały się rumieńcem kiedy go odwzajemniłem. Dał bym sobie rękę uciąć że właśnie wspominała przedwczorajszą noc kiedy to naga wykrzykiwała moje imię na blacie kuchennym.
- Masz papierosy? - Zawołał Zayn kiedy tylko wszedłem do studia. Rzuciłem w niego nowo zakupioną paczką i w akompaniamencie wiązanki jego przekleństw wszedłem do dźwiękoszczelnego pokoju. Sięgnąłem po słuchawki i usiadłem na stołku, kątem oka widziałem przez szybę jak Zayn dalej klnie na to że jakimś cudem ¼ jego paczki zniknęła a Tony tylko potakuje głową koncentrując się na monitorze. Włączyłem mikrofon.
- Zayn bo powiem Perry że wczoraj… - Nie dokończyłem bo właśnie Zayn dorwał się do mikrofonu Tonyego i wydarł się że mam stulić pysk. Zaśmiałem się głośno zdejmując słuchawki z uszu zanim wykrzyczał kolejne obelgi i pozdrowiłem go środkowym palcem. Skacowany Malik, to niezadowolony z życia Malik: to wiedziałem nie od dziś. Do tego media dzisiaj szalały prześcigając się w kłamstwach o tym co robiliśmy wczoraj na wieczorze kawalerskim. Podobno Malik wzbogacił się w kasynie w towarzystwie jakiejś striptizerki a ja odpadłem jeszcze przed północą, a to tylko mała część kłamstw jakie promowały dzisiaj wszystkie serwisy plotkarskie. W rzeczywistości zamówiłem nam po prywatnym tańcu w jednym z klubów GoGo na Sunset Strip, wypiliśmy w barze kilka… kilkanaście piw i wróciliśmy do wynajętego apartamentu na dalszą część imprezy ze starymi znajomymi jeszcze z czasów naszego zespołu. Nie wiem ile tych informacji dotarło do Perrie ale kiedy dziś rano Zayn do niej zadzwonił to nie była zbyt rozmowna. Cholerne brukowce.




- Dobra, jeszcze powtórz to hate myself for loving you, ale postaraj się zawinąć do a4 i będziemy wolni - Poinstruował mnie Tony a ja bez mrugnięcia okiem wykonałem polecenie, facet wyprodukował tyle płyt Davida Bowiego że nie byłem w stanie ich zliczyć na palcach u rąk. Pokazał mi zza szyby kciuki do góry już po trzecim podejściu, westchnąłem z ulgą na samą myśl że już po wszystkim i płyta jest niemalże gotowa. Przed wyjściem z pokoju spojrzałem na zegarek, był środek nocy ale ta godzina wcale mnie przestraszyła, przez ostatnie tygodnie przestawiłem się na nocny tryb życia za to Zayn zasnął na sofie dobre kilka godzin temu.
Zapakowałem zaspanego Zayna na tylnie siedzenie mojego Mustanga i ruszyłem pustymi ulicami do domu. Tak właśnie, moim nowym domem było Los Angeles. W tym samym dniu kiedy zerwałem kontrakt z wyzyskującą mnie wytwórnią co wiązało się z opuszczeniem One Direction przyjechałem do upalnej Kalifornii i niespełna dwa dni później kupiłem dom w Hollywood. Od tamtej pory moja noga nie stanęła w Anglii. Rozpocząłem nowe życie od zera, może nie z czystą kartą ale przynajmniej rozpocząłem bycie sobą na co wcześniej zabraniała mi wytwórnia. Takie życie mi odpowiadało, robiłem co chciałem, pokazywałem się z kim i gdzie chciałem, nikt mi nie wzbraniał umawiać się ze striptizerką. Nigdy nie czułem się wolniejszy niż teraz, miałem 20 lat, własny zespół z pierwszą płytą w drodze i cały świat otworem, czego chcieć więcej?
- Jesteś spakowany? - Zapytał Zayn po tym jak wysiadł z zaparkowanego na podjeździe samochodu i zatrzasnął za sobą drzwiczki.
- Oczywiście - Skłamałem.
- To dobrze bo za 8 godzin mamy samolot, a teraz dobranoc. - Rzucił przez ramię i wbiegł po schodach do domu.
- Dobranoc - Wymamrotałem niewyraźnie z papierosem pomiędzy wargami. 
Poczekałem aż Malik zniknie z pola widzenia po czym usiadłem na betonie i schowałem głowę pomiędzy kolana, chciało mi się wymiotować a to była jedyna pozycja która uspokajała mój żołądek. Stres w jaki wpadłem przez ślub Zayna mnie powoli wykańczał, moje wnętrzności wywracały się na lewą stronę a strach paraliżował całe ciało. Nawet nie potrafiłem cieszyć się szczęściem mojego przyjaciela, jedynego który został ze mną mimo całego chaosu który panował rok temu a wszystko przez osobę którą niegdyś darzyłem ogromnym uczuciem.
Osobę która w kilka sekund mogła zniszczyć mój idealny świat który stworzyłem.




* * *

Minęło już 5 godzin lotu a ja dalej nie zmrużyłem oka, starałem się skupić nad książką, nad filmem , nawet nad grą na telefonie ale to wszystko nie było w stanie odciągnąć moich myśli od zbliżającego się dnia na dłużej niż kwadrans. Wyglądałem tak ponuro że nawet Zayn nie odezwał się do mnie słowem od wyjścia z domu a stewardesa która co kilkanaście minut przynosiła mi nową szklankę z ginem przestała się do mnie uśmiechać. W głowie cały czas układałem możliwe scenariusze apropo jutra, wyobrażałem sobie jak będzie wyglądać spotkanie z mamą, chłopakami z... Nawet w myślach było mi ciężko wymówić jego imię. Rozmyślałem nad tym jak się zachowam kiedy pojawi się z osobą towarzyszącą albo jak pojawi się bez niej. Czy usiądzie koło mnie, głównego drużby czy wybierze kompletnie inny stolik? Sam nie wiedząc czemu męczyłem się idiotycznymi pytaniami na które nawet nie byłem w stanie sobie odpowiedzieć bo jeszcze bardziej mnie rozjuszało.


- Ugh, możesz przestać się już dąsać?
Uniosłem zaskoczony brew kiedy Zayn podniósł na mnie głos, albo że w ogóle się do mnie odezwał. Spojrzałem na niego pijanym wzrokiem i odłożyłem książkę na półkę przed sobą.
- Mhhm - Mruknąłem potwierdzająco dobrze wiedząc że to tylko rozdrażni mojego przyjaciela.
Jego oczy zapłonęły ze złości.
- Stary, zbliża się najważniejszy dzień mojego życia, jestem zdenerwowany i mój ostatni tydzień wolności postanowiłem spędzić właśnie z tobą mimo że każdy wokół cie nienawidzi. Albo przestaniesz irytować mnie na okrągło albo w końcu dam ci porządnie w pysk co powinienem zrobić już dawno dawno temu.
Nerwowo rozejrzałem się w okół, większość ludzi jednak spała i zdawało się że krzyki Zayna nie zdołały przyciągnąć uwagi do naszej dwójki. Uciszyłem go gestem dłoni.
- Nie Harry, nie będę cicho bo do cholery jasnej cię nie poznaje. Nie widzieliśmy się cały rok, nie odzywałeś się do nas i pewnie gdyby nie media nie wiedzielibyśmy czy w ogóle żyjesz. Mimo wszystkiego co nam zrobiłeś wyciągnąłem rękę jak pierwszy, przyjąłeś mnie z otwartymi ramionami a teraz znów zaczynasz fiksować. 
- ... Mam złe dni - Wtrąciłem niepewnie ale już po chwili tego żałowałem.
- ZŁE DNI? - Wydarł się i kątem oka zobaczyłem jak kilka niezadowolonych pasażerów podnosi głowy. - Zachowujesz jak rozwydrzony bachor odkąd.... właśnie, co się właściwie stało się między tobą i Louisem?

Zamarłem.


_________________________________________________________________________________


Cześć wszystkie LS i reszta! Długo się zastanawiałam czy opublikować moje wypociny które zaczęły powstawać już prawie rok temu i w końcu doszłam do wniosku że powstaje tak mało FF o Larrym i czas to zmienić. Więc o to jest i mój, rozegrany jakby w krzywym zwierciadle bo rok po tym jak rozpadło się One Direction. Dlaczego się rozpadło? Czytajcie uważnie następne rozdziały :) Komentarze i mała pomoc w rozsyłaniu linku jest napraawde mile widziana, w razie pytań piszcie na tt @elbalerina

Buziaki