- (...) zachowujesz jak rozwydrzony bachor odkąd.... właśnie, co się właściwie stało się między tobą i Louisem?
Zamarłem.
Zatrzymałem grę na telefonie i wstałem leniwie z łóżka, ciągnąłem dresowe spodnie Louisa na tyłek i drapiąc się po nim ruszyłem schodami na dół. Szurając stopami przeszedłem przez zabałaganiony salon który po wczorajszej imprezie wyglądał jak po przejściu tornada. Ze stolika zgarnąłem butelkę i upiłem z niej wygazowane piwo, kopnąłem nadmuchanego kondoma i stanąłem na chłodnych kafelkach w kuchni. Zaskoczył mnie widok Louisa przy zlewie w którym szorował miskę po zaschniętej sałatce. Miał na uszach słuchawki, muzyka w nich była na tyle głośna że dosłyszałem że to był Lenny Kravitz. Uśmiechnięty oparłem się o framugę i z rękoma założonymi na piersiach zacząłem obserwować jak Lou kołysze biodrami w rytm muzyki, miał na sobie tylko obcisłe jeansowe spodnie które coraz bardziej się z niego zsuwały. Westchnąłem cicho nie mogąc się nacieszyć z tego widoku.
- I want to get away - Zaczął śpiewać i machnął ręką tak mocno że ochlapał pianą okno- I want to flyyy awaaay - Stanął w rozkroku i zatoczył biodrami kółko. Zakryłem usta dłonią żeby nie parsknąć śmiechem, Lou samym obyciem rozśmieszał mnie na każdym kroku ale to była już przesada. Cichutko przeszedłem przez kuchnie i kiedy znalazłem się tuż przy Louisie objąłem go mocno krępując mu przy tym ręce. Przestraszony podskoczył i zaciągnął się głośno powietrzem próbując się wyrwać ale ja jednak byłem silniejszy, przestał dopiero wtedy kiedy moje mokre loki połaskotały jego szyje.
- Harreh! Kurwa mać myślałem że wyszedłeś z Zaynem i jestem sam w domu, zaraz chyba wyzionę ducha. - Krzyknął piskliwie i oparł się o blat stołu, odłożył telefon ze słuchawkami pod suchy ręcznik i jęknął coś pod nosem wzywając boga.
- Nie miałem siły się ruszyć z łóżka więc stwierdziłem że zostanę na obiedzie. - Odpowiedziałem jak gdyby nigdy nic rozmasowując gęsią skórkę na przed ramieniu. Omiotłem spojrzeniem umięśnione plecy Lou i niemalże jęknąłem, gdybym wiedział że on tak chodzi po domu już dawno temu bym u niego zamieszkał. Nadal milczał więc na zachętę dźgnąłem go palcem w żebra, mimo że miał niesamowite łaskotki to go nie ruszyło. Zmarszczyłem brwi i dźgnąłem jeszcze raz, nadal nic. W ostatniej chwili zorientowałem się co to może oznaczać: chęć mordu. Odwróciłem się na pięcie i puściłem się biegiem przez salon niestety zbyt późno, ledwo przekroczyłem próg salonu i Lou złapał mnie za materiał dresu przyciągając do siebie. Zdążyłem złapać tylko krótki oddech przed tym jak przycisnął do mojej twarzy brudną i ociekającą wodą z płynem do mycia naczyń gąbkę. Chciałem krzyknąć żeby przestał i to był mój najgorszy błąd bo Lou wcisnął mi ją prosto do ust i odbiegł robiąc gest zwycięstwa. Wyplułem szybko to świństwo i wytarłem język w rękę zanim ruszyłem za nim rozjuszony.
- Tomlinson, nie żyjesz! - Zawyłem wskakując po trzy stopnie naraz. Tak jak się spodziewałem zamknął się w garderobie, bez zbędnych ceregieli rzuciłem się na drzwi które pod małym oporem ale jednak rozchyliły się na tyle żebym mógł się wsunąć bokiem. Zanim zdążył zareagować skrępowałem jego ręce i przycisnąłem do ściany obezwładniając go tak żeby wykręcić mu sutka bez przeszkód.
- Hazz błagam błagam, prosze nie AUŁ! - Zawył głośno zwijając się z bólu. Zaśmiałem się radośnie.
- Powiedz że przepraszasz swojego pana! - Powiedziałem ponownie przekręcając nadgarstek. Dostałem kopniaka w krocze, teraz to ja krzyknąłem i położyłem się na podłodze z trudnością łapiąc oddech.
- Nigdy mój drogi, teraz to ty przepraszaj. - Zachichotał jak chochlik siadając na mnie okrakiem i korzystając z mojego osłabienia przycisnął moje nadgarstki do podłoża. Nawet nie miałem siły się wyrywać, spojrzałem na niego ze wściekłością i podniosłem głowę żeby dmuchnąć mu w oko. Ponownie zachichotał rozśmieszony moimi nieudolnymi próbami, rzadko kiedy miał nade mną przewagę więc cieszył się jak dziecko.
- Lou, bo cię zaraz ugryzę. - Zagroziłem starając się ukryć uśmiech który wkradał się na moją twarz.
- Powodzenia! - Żachnął się podnosząc wyzywająco brew, w jednej chwili z wrednego chochlika którego miałem w planach zabić zamienił się w bestie ociekającą seksem. Przygryzłem wargę i omiotłem jego szyję i ramiona szukając miejsca w które mógłby z łatwością zatopić zęby. Zauważył to więc wyprostował łokcie zwiększając odległość pomiędzy nami, jednak nie przewidział tego że ból ustąpił na tyle żeby zwinnie wyrwać się z jego ucisku dłoni. Szybko zamieniłem nas miejscami i wbiłem mu kolano w żebra.
- Hazz, błagam o rozejm. Głowa mnie boli, wszystko inne mnie boli HAZZ! - Wysapał zaczynając się wyrywać. Parsknąłem takim śmiechem że straciłem koncentracje, Lou wyrwał się, złapał mnie za szyje i przyciągnął do siebie. Krzyknąłem kiedy zatopił zęby w mojej szyji.
- Ty wampirze cholerny! - Wrzasnąłem okładając pięściami jego ramiona ale i to nie pomogło, ugryzł mnie powtórnie a kiedy chciałem się wyrwać wbił kły w moją brodę.
- Lou, serio. - Powiedziałem poważnie przestając się wierzgać. Louis zachichotał ale dalej nie odczepił się i ślinił moją twarz. Westchnąłem zrezygnowany i kładąc się całym ciężarem na nim zacząłem wystukiwać palcami jakiś rytm. Lou dalej miał uciechę, chichotał co chwilę, raz wbijał się zębami mocniej, raz trochę lżej.
W końcu po jakiejś minucie znudziło mu się i mnie puścił. Odetchnąłem z ulgą ale zamiast wstać wtuliłem się twarzą w jego szyję licząc na to że mnie z siebie tak szybko nie zrzuci. Uwielbiałem zapach jego skóry, jego bliskości, jego włosów, wziąłem głębszy oddech i potarłem jego skórę czubkiem nosa, leżąc na nim mogłem łatwo wyczuć jak przyspieszyło mu bicie serca. Nierówny oddech mierzwił mi moje włosy i słyszałem jak nerwowo strzela palcami u stóp.
- Hazz? - Szepnął a ja automatycznie podniosłem głowę opierając się na łokciu. Nasze twarze dzieliło kilka centymetrów. Uniosłem brew dając mu do zrozumienia że go słucham ale on dalej milczał nie spuszczając wzroku z moich oczu. Widziałem że jest skrępowany, nienaturalnie szybko mrugał a jego wąskie wargi mimowolnie zacisnęły się w prostą linię co wywołało na moich ustach uśmiech.
Kochałem kiedy się zawstydzał, kochałem kiedy w stresie nie miał co robić rękami, kochałem go kiedy krzyczał rozplątując włosy, kochałem kiedy wypowiadał moje imię, kochałem w nim wszystko. Jego oczy w kolorze lazury zawsze emanowały pewnością, jego inteligenty błysk w oku zawsze zaskakiwał mnie w najbardziej beznadziejnych chwilach, ale teraz nie było w nich nic poza przyjemnym ciepłem które ogrzewało moje serce.
Wyobrażałem sobie tą chwilę od dwóch lat, miałem wszystko zaplanowane w każdym szczególe jednak teraz kiedy był tak blisko zapomniałem nawet jak się nazywam. Przygryzłem ze zdenerwowania wargę, tak bardzo starałem się dobrać słowa by uczynić tą chwilę jedną z najpiękniejszych w jego życiu. Chciałem mu powiedzieć jak cudownie wygląda kiedy jest niewyspany, jak śmieszy mnie jego podśpiewywanie the skeleton dance w najmniej odpowiednich momentach, jak bardzo kocham jego uśmiech na dobranoc. Jak bardzo cierpię kiedy widzę go z Elanour...
- Lou? - Wyrwało się z moich ust.
- Tak? - Odpowiedział drżącym szeptem wywracając moje organy wewnętrzne na lewą stronę. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć ale mój głos ugrzązł mi w gardle, i za drugim i za trzecim podejściem. Oboje uśmiechnęliśmy się nerwowo rozładowując nieco to napięcie które pojawiło się pomiędzy nami. Lou dodał mi otuchy, to był kolejny powód dla którego powinienem coś zrobić.
- Mogę... Mogę cię pocałować? - Wyrzuciłem na jednym wydechu zaskoczony że nie dostałem przy tym zawału, nie zemdlałem ani nie zwymiotowałem.
Pospieszyłem się jednak z radością, Louis rozchylił zaskoczony wargi a na jego czole pojawiło się kilka uroczych zmarszczek, nie potrafił ukryć zaskoczenia. Niechciane łzy napływały mi do oczu rozmywając mi widok. Mrugnąłem kilkakrotnie ale jego wyraz twarzy pozostawał bez zmian.
Popsułem, popsułem totalnie wszystko.
I wtedy Lou oblizał wargi w sposób który oznaczał tylko jedno. Rysy jego chłopięcej twarzy złagodniały a ja poczułem się odważny jak nigdy dotąd, pochyliłem się i moje wilgotne od łez usta złączyły się z jego ciepłymi wargami. Mój cały świat stanął w miejscu tak samo jak czas który był teraz dla mnie zbędnym dodatkiem. Nawet w najśmielszych marzeniach nie potrafiłem sobie wyobrazić tego dotyku, tego jak delikatnie otarł się o moją wargę i jak westchnął cicho kiedy zassałem się lekko. Czułem jak wszystkie uczucia które kłębiłem w sobie od dwóch lat wlewały się w nasz pierwszy pocałunek i mimo że chciałem być ostrożny moje wargi zaczęły łapczywie brać od niego więcej i więcej. Poczułem jego gorące dłonie na moich plecach, położył je na łopatkach po czym zaczął nimi wędrować po ramionach, kręgosłupie, krzyżu a ja mógłbym przysiąc że zgubiłem akcję serca. Z przyjemności westchnąłem prosto w jego usta, chciałem mu powiedzieć że go kocham, że bez niego nie ma połowy nieba, nie ma połowy mnie ale wszystko zamieniło się w jakiś koszmar. Pomyślałem że to kolejny ze snów ale tym razem bolało. W jednej chwili całowałem mojego anioła a w drugiej leżałem już na ziemi z niebezpiecznie nierównym oddechem. Louis stał obok i dyszał głośno, w tamtej chwili pogubiłem granicę między snem a rzeczywistością.
- To nie powinno się wydarzyć. - Powiedział chłodno. Nawet nie brzmiał teraz jak on, spojrzał na mnie pustym wzrokiem i wyszedł z dusznej garderoby. - Proszę cię, idź już stąd Harry. - Rzucił przez ramię zostawiając mnie leżącego na podłodze z nową dziurą w dopiero co odbudowanym sercu.
* * *
Po wyjściu z samolotu przywitał mnie chłodny powiew wiatru, tylko w kilka sekund przemarzłem do szpiku kości. Odzwyczaiłem się od wilgotnego klimatu Anglii ale nie mogłem powiedzieć że się za nim nie stęskniłem, tak szczerze to mi go nawet bardzo brakowało w te wszystkie upalne dni spędzone w Kalifornii. Listopadowa mżawka pieściła moje policzki kiedy pokonywałem krótką trasę z samolotu do budynku. Owinąłem się szczelniej moim starym szalikiem którego kiedyś ukradłem Liam'owi i ukrywając pod nim szeroki uśmiech dogoniłem Zayn'a który mimo zakazów już wykonywał telefon do Perrie. Nie spodziewałem się tego ale poczułem się jakbym wrócił do domu. Zayn nie wypuszczał telefonu z ręki, wydzwaniał do wszystkich uświadamiając im że jest na miejscu i patrzył się na mnie w sposób który mówił żebym zrobił to samo. Jedynym problemem było to że ja nie miałem do kogo. Stałem więc tak i czekałem na bagaż wystukując na kolanie piosenkę którą napisałem razem z przyjacielem, starałem nadal cieszyć się mżawką i zimną temperaturą zanim dane mi było stanąć twarzą w twarz z wszystkimi eks przyjaciółmi. Mój towarzysz kłócił się właśnie z Perrie która zostawiła Niall'a z ich koordynatorką wesela na którą podobno nasz mały Irlandczyk miał spory wpływ. Zaśmiałem się pod nosem przypominając sobie jak Niall od samego początku zespołu zapewniał nas że zaplanuję nam wszystkim idealne śluby, teraz wiedziałem że te słowa wcale nie były rzucone na wiatr. Zdjąłem z taśmy ciężkie bagaże i kopnąłem kumpla w piszczel bo kompletnie się swoim nie zainteresował, co prawda oboje już dawno temu odzwyczailiśmy się korzystać z linii lotniczych ale mózgów nie pogubiliśmy żeby nie zadbać o własne torby. Zacząłem kierować się w stronę wyjścia kiedy nagle zatrzymała mnie ręka Zayna.
- Co ty robisz, głupi jesteś? - Spojrzał na mnie jak na idiotę. Odwdzięczyłem się tym samym.
- Chcesz tu namiot rozbić? - Zapytałem ironicznie.
- Na zewnątrz roi się od fanek i fotoreporterów, chcesz żeby cię rozerwali na części to proszę bardzo.
- Aż tak mnie nienawidzą? - Zapytałem zaskoczony na co on wywrócił teatralnie oczami.
- Harry Harry Harry... Głupiutki Harry. Wszyscy czekali cały rok żebyś wrócił, prasa się może posiąść ze szczęścia że przyleciałeś, przecież dobrze wiesz że od zawsze byłeś najgorętszym tematem w tabloidach. Sam zobaczysz że rozpętałeś tu małe piekło. - Machnął niecierpliwie ręką dając mi znać żebym za nim ruszył. Z szokiem wyrysowanym na twarzy powolnym krokiem przeszedłem przez bramkę dla vipów w których przywitała nas zjawiskowo piękna blondynka, odruchowo uśmiechnąłem się do niej i zmierzyłem wzrokiem, było wystarczająco ładna żeby towarzyszyć mi dziś w świętowaniu mojego powrotu do kraju.
Już otwierałem usta żeby jej się przestawić kiedy Zayn ponownie mnie szarpnął za rękaw kurtki i sprawnie odciągnął od mojego długonogiego celu. A niech cię szlag.
* * *
Kiedy wysiedliśmy pod domem na podjeździe roiło się od samochodów. Drużby i rodzina pozajmowali pokoje gościnne wypełniając dom przez co kiedy stanąłem przed drzwiami serce podskoczyło mi do gardła.
- Kochanie wróciłem! - Krzyknął Zayn rzucając torbę podróżną gdzieś na bok. W domu rozległ się pisk i nagle znikąd pojawiła się Perrie wieszając się na szyi swojego narzeczonego. Powoli przekroczyłem próg i ostrożnie zamknąłem za sobą ciężkie mahoniowe drzwi.
- Nie widzieliście się tylko tydzień, no bez przesady. - Rzuciłem żartobliwie przypominając im o swojej obecności. Perrie spojrzała na mnie jak na ducha i czułem że jakieś słowo ugrzęzło w jej gardle. Zaczęło robić się niezręcznie, nerwowo przeczesałem swoje wilgotne od deszczu loki i już miałem powiedzieć cześć kiedy Pezz krzyknęła na całe gardło:
- Niall, Jade, syn marnotrawny wrócił!
Nie zdążyłem nawet zamknąć zdziwionych ust kiedy na schodach zmaterializował się Niall z niewiele inteligentniejszym wyrazem twarzy ode mnie.
- Kurwa, nie wierze. - Powoli schodził stopień po stopniu świdrując mnie wzrokiem jak wariat, nieświadomie wstrzymałem oddech kiedy podszedł blisko mnie. - On naprawdę żyję, alleluja. - Zaśmiał się pod nosem i podniósł ręce żeby ścisnąć moje policzki. Spojrzałem na niego sceptycznie ale on właśnie oglądał mnie jak jakiegoś psa wymagającego leczenia. - Schudłeś Styles, i czy mi się wydaje że... Palisz papierosy? - Zmarszczył nos kiedy przybliżył go do mojej szyi. Usłyszałem jak Zayn zachichotał.
- Cześć Horan. - Powiedziałem w końcu siląc się na najbardziej naturalny ton na jaki było mnie stać. Nie wiedziałem czy bardziej chciało mi się z niego śmiać czy płakać że stał przede mną, zupełnie jakby nie bym nie wyjeżdżał. Jedyne co się zmieniło to jego wygląd, wyprzystojniał, przybrał trochę muskulatury i... zmalał? A może to ja wystrzeliłem w górę? Nie mogąc się powstrzymać poczochrałem jego dłuższą niż kiedyś blond czuprynę a potem zacisnąłem go w mocnym uścisku wbrew jego woli, po prostu stałem tam przyciskając jego głowę do mojej piersi i cieszyłem się jego obecnością mimo tego jak bardzo się wierzgał.
Reszta przywitała mnie równie radośnie choć miałem dziwne wrażenie że to wszystko było wyreżyserowane przez gospodarzy. Każdy był dla mnie uprzejmy, kiedy zasiedliśmy do ogromnego na kolacje zagadywali mnie i chętnie włączali się do różnych dyskusji jakie prowadziłem z Perrie, ale kiedy jej mama przyniosła idealnie przyprawioną pieczeń z baraniny całe towarzystwo ucichło.
- Jak podróż Słonko? - Zapytała Patricia syna przerywając żarłoczną ciszę. Spojrzałem na niego ostrzegawczym wzrokiem, jeżeli wygadałby się byłbym jeszcze bardziej spalony w tym domu. Odchrząknął. - Nie najlepiej, Harry'ego dopadło jakieś zatrucie i nie czuł się najlepiej. - Zabrzmiało to tak wiarygodnie że niemalże uśmiechnąłem się do przyjaciela.
W rzeczywistości ostatnią rzeczą jaką pamiętam było to jak zapytał się mnie.... zapytał się mnie o Lou, potem mnie zemdliło, dostałem zawrotów głowy i pełną świadomość odzyskałem dopiero wtedy kiedy przeszła mi zagadkowa gorączka. Wiedziałem że wypiłem za dużo i było mu z tego powodu na tyle głupio żeby zachować to między nami. Nikt nie musiał jak bardzo beznadziejny jestem.
- Apropo podróży, Louis jest już w drodze z Manchesteru, powinien być po kolacji. - Zaświergotała radośnie Doniya z drugiego końca stołu a ja byłem bliski zwrócenia całego posiłku. Zayn szybko spojrzał na mnie badając sytuacje, zdążył odkryć jak działa na mnie jego imię wypowiedziane na głos ale nie dałem po sobie poznać jak się poczułem. Zayn dyskretnie dźgnął mnie palcem w biodro i wysunął z kieszeni kluczyki do auta którym jechaliśmy z lotniska.
Stary, kocham cię.
Uśmiechnąłem się i grzecznie wszystkich przeprosiłem tłumacząc się ważnym telefonem którego musiałem wykonać a gdy znalazłem się poza zasięgiem ich słuchu chwyciłem torbę i wybiegłem w deszcz jak ostatni tchórz.
_________________________________________________________________________________
Trochę później niż planowałam ale cóż.... Weekend mnie pochłonął. Jeżeli dotrwaliście do końca to zostawcie po sobie jakiś komantarz! Dla was to kilka sekund a dla mnie bardzo ważna rzecz i kopniak energii do napisania więcej rozdziałów. Xx
KJSDLKHFKLJSDH kocham cię.
OdpowiedzUsuńCze ten Lou? ;c
Biedny Harry.
Czekam na III :)
Czo to bedzie w nstepnym, czekam :)
OdpowiedzUsuńooo , świetne :** nie mogę się doczekać następnego postu ! <3 pozdrawiam i zapraszam do mnie :**
OdpowiedzUsuńczytalam wczesniej Twoje ff hetero i to jest 100 razy lepsze
OdpowiedzUsuńczekamy na nowy ;-)
Extra!
OdpowiedzUsuń